Tablica

Nadeszła zima, jakiej nawet nasi dziadkowie nie widzieli. Zapasy powoli się kończą, państwa patrzą na siebie coraz bardziej podejrzanym wzrokiem. Uczniowie muszą siedzieć w zimnych i rzadko ogrzewanych pokojach, bo akademię robią wszystko by nie zamknąć swych wrót przez brak pieniędzy. Ludzie w miastach wspierają się jak tylko mogą, jednak nawet to nie pomaga w wyżywieniu rodziny. Wcześniej ludzie nie zwracali uwagi na dziwne zachowanie zwierząt, jednak być może był to zwiastun czegoś nowego? Może ptaki przestały migrować, a stworzenia leśne zbierać zapasów na zimę z powodu jakieś większej sprawy? Pomimo ciężkich warunków, zimy i głodu, niektórzy chcą znaleźć przyczynę całego tego chaosu i szaleństwa. Próbują dotrzeć do miejsca, w które zdaje się, idą wszystkie magiczne stworzenia zamieszkujące nasz świat. Czy jednak jest to bezpieczne?

środa, 17 czerwca 2020

Od Castora cd Beverly - Bal

Castor nie potrafił odgonić uśmiechu z twarzy, odkąd tylko w jego rękach pojawił się zapieczętowany list, przyozdobiony królewską pieczęcią. Chłopak, po dniach spędzonych w pełnym niebezpieczeństw buszu, marzył o czymś, dzięki czemu mógłby na nowo powrócić do swej dawnej, nieskażonej walką beztroski. Z oczami pełnymi iskier siedział więc przed lustrem, dopracowując każdy, nawet najdrobniejszy szczegół swej aparycji - dobrany po licznych próbach strój idealnie wpasowywał się w utrzymany w czerwieniach makijaż i srebrno-szkarłatne akcesoria. Nie wiedział, kiedy trafi mu się kolejna okazja, by pozbyć się stonowanego mundurka, zastępując go przyciągającymi wzrok, krzykliwymi barwami. Elf skupił się na własnej aparycji do tego stopnia, że na śmierć zapomniałby o kolejnym etapie swego planu, który zamigotał mu w głowie wraz z chwilą, w której po raz pierwszy odczytał ozdobne postscriptum. Potrzebował partnerki. Jej wybór nie stanowił dla niego większego problemu - od samego początku zdawał sobie sprawę, kogo zaprosi, choćby zmuszony był siłą porwać ją z ramion innego mężczyzny. Niby rycerz na białym koniu, taranujący przeciwnika piętnastocentymetrowym obcasem. Nie chciał towarzyszki innej, niż Beverly. Niemal wrzasnął więc ze szczęścia, gdy dziewczyna przystanęła na jego propozycję, a już niedługo później oboje z dumą stali u swego boku w wystawnej sali balowej. Oczy w jednej chwili błysnęły pod wpływem kolorowej mieszaniny przeróżnych ras i narodowości, wystrojonych od stóp do głów. Odczytanie nazwisk oraz dworów, z jakich pochodzą, sprawiło, że Castor odczuł wręcz osobliwy rodzaj pychy, podsycany dodatkowo przyjemnym odgłosem stukających o parkiet szpilek i dzwoniących przy uchu kolczyków. Kątem oka spojrzał ku swej partnerce, pragnąc natychmiastowo porwać ją do tańca, jednak wyraźnie zmieszana ekspresja, jaka malowała się na jej twarzy, sprawiła, że chłopak natychmiastowo zmarszczył brwi, pochylając się ku niej.
- Coś nie tak? - Jego głos z trudem przebijał się przez grającą głośno muzykę oraz prowadzone gęsto rozmowy. - Źle się czujesz?
Dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało, zaprzeczając ruchem głowy, co spotkało się z pełnym ulgi westchnieniem ze strony jej partnera. Choć dwójka nie znała się od nie wiadomo jak dawna, elf zdążył już odkryć pewne nawyki oraz sposób bycia swej współlokatorki, a co ważniejsze, polubił ją - miał jedynie nadzieję, że z jej strony również płynęła szczera sympatia, a nie wyjątkowo perfekcyjna iluzja, dzięki której wytrzymywała z nim w jednym pokoju. Przejął się więc stanem towarzyszki, nie chcąc, by przez jego zamiłowania do tłumów i znajdowania się w centrum uwagi, czuła się przytłoczona, a tym bardziej nieswoja. Brunet zadał jeszcze kilka pytań, lecz rozchodzący się po sali harmider sprawił, że nawet on miał problem z usłyszeniem własnych słów. Wymownie spojrzał więc w stronę ustawionego pod ścianą szwedzkiego stołu, gdzie, o dziwo, świeciło wręcz pustkami. Czekała ich wymagająca przepychanka pomiędzy rozemocjonowanym tłumem nieznajomych, a Castor z całego serca wolał uniknąć rozdzielenia ich duetu dlatego, bez większego pomyślunku, podsunął swe ramię w stronę Beverly - dziewczyna spojrzała na niego pytająco, lecz po chwili, bez wątpienia rozumiejąc aluzję, złapała go pod rękę i już wkrótce dopięli swego, docierając pod ścianę w jednym kawałku. 
- Jeśli będziesz chciała zatańczyć, powiedz tylko słowo, bardzo chętnie poprowadzę. - Wyszczerzył się łobuzersko, z dumą kładąc wolną dłoń na piersi. - Może nie wyglądam, ale jestem świetnym tancerzem! - Wypowiadając subtelne przechwałki, cudem uniknął zderzenia z inną parą, którą pospiesznie przeprosił spojrzeniem. - Ale jeśli nie, to trudno. Mogę siedzieć tu przez cały wieczór w bezruchu, nie odstępując nawet na krok! Oczywiście, jeśli sama szybciej mnie stąd nie wyrzucisz. - Zaśmiał się cicho, przechwytując ze stolika kieliszek z bliżej nieznanym napojem o urokliwym, różowawym odcieniu. - Nie chcę, żebyś siedziała tu sama i źle się bawiła. Przyszliśmy razem, więc chętnie dotrzymam ci towarzystwa, jakkolwiek miałoby ono wyglądać. - Przeczesał włosy wolną dłonią, poprawiając również obwiązaną wokół szyi czerwoną kokardę. - A więc? Nie wystraszyłem cię jeszcze?

[Beverly?]

Od Darumy cd. Luciena - Bal

Spojrzałem w stronę zajmujących miejsce przy zastawionych daniami stolikach władców dworów. Szybko jednak odwróciłem wzrok widząc znajome twarze. Nie wiedziałem, że spotkam tutaj Rhysanda. Wbiłem wzrok w ziemię, starając się zignorować księcia.
Do nieproszonego zbliżenia dojść jednak musiało. Lucien, jak zdążyłem się już dowiedzieć, miał całkiem bliskie kontakty z władzą Dworu Nocy.
- Ale żeś się odstroił. - Wraz z Rhysandem podszedł do nas drugi młodzieniec. Rzucił on mojemu towarzyszowi wyzywające spojrzenie.
- Przynajmniej ja i Rhys mamy jakiekolwiek pojęcie stylu - odgryzł się ciemnowłosy, zaplatając dłonie na piersi. Ukradkiem spojrzałem na odzienia rozmówców Luciena. Zaiste, ich szaty wyglądały niezwykle elegancko. Najpewniej nie pochodziły z pierwszej-lepszej szwalni.
Wtedy też poczułem na sobie wzrok mojego towarzysza.
- To Daruma - przedstawił mnie. - Mój przyjaciel.
Posłyszałem w jego głosie dziwne zawahanie. Zerknąłem na niego, w celu jakichkolwiek wyjaśnień, ale żadnych nie otrzymałem.
- My już się znamy. - Podniosłem wzrok ku uśmiechniętemu Rhysandowi. Książę puścił mi oczko. Położyłem natychmiast uszy i odwzajemniłem delikatny gest.
- Tak, dzień dobry - przywitałem się ściszonym głosem. Czułem się niezwykle niekomfortowo pod wpływem spojrzeń znajomych Luciena. Byli dla mnie właściwie całkowicie obcy. Dodatkowo - nigdy nie przypuszczał, iż zyska możliwość tak bliskiego spotkania z władcami.
Rhysand i jego towarzysz wcale nie wyglądali na skrępowanych.
- Jestem Kasjan - odezwał się drugi z nieznanych mi młodzieńców. Wyglądał na znacznie bardziej podekscytowanego. - Mam nadzieję, że nasz młody Lucien bardzo cię nie męczy!
Chłopak wyszczerzył się głupkowato do stojącego obok mnie ciemnowłosego. Czyżbym znalazł się w centrum jakiejś sprzeczki?
- Wszystko w porządku - odparłem, cofając się o krok. Chciałem w ten sposób dać Lucienowi znak, że nadszedł czas na zakończenie naszej konfrontacji z Rhysandem i Kasjanem. Sam książę był osobą, którą byłbym jeszcze w stanie polubić. Drugi młodzieniec zaś średnio przypadł mi do gustu. Bałem się, że zaraz może powiedzieć coś, na co nie będę mógł odpowiedzieć bez większego skrępowania. Wyglądał na dość wścibski typ osoby. Wolałem więc, póki to możliwe, ograniczyć z nim kontakt. Wiedziałem jednak, że Kasjan szybko nie da nam spokoju. Widziałem to w jego triumfalnym uśmiechu i błysku oczu. Raczej złą osobą może nie jest, ale dość złośliwą? Taki się wydaje.
Nie sądziłem, że uratuje mnie muzyka. Grajkowie rozpoczęli swój występ, jednocześnie zapraszając wszystkie pary na parkiet. Spojrzałem zaciekawiony na wir kręcących się uczniów. Nie spodziewałem się, iż mojemu towarzyszowi przyjdzie podobny pomysł do głowy. Ukłonił się jednak przede mną delikatnie.
- Czy może miałbyś ochotę potowarzyszyć mi w tańcu?
Serce zabiło mi szybciej słysząc posłyszaną propozycję. Widząc wzrok Luciena, nie potrafiłem mu odmówić. Podałem mu więc drżącą dłoń. Kątem oka dostrzegłem wpatrujących się w nas Kasjana i Rhysanda. Postanowiłem ich jednak zignorować i chociaż raz cieszyć się chwilą.
- Nie umiem tańczyć - przyznałem nieśmiało. Nigdy wcześniej nie miałem ku temu sposobności.
Lucien?

Od Morozhenoye CD Osamu

Wzięłam głęboki oddech postanawiając już nie protestować i pozwolić mu na wszystko co robił, sama zastanawiając się nad tym o czym mam właściwie mu opowiedzieć. Nie była to żadna fascynująca historia i zdawało mi się, że nic w niej nie jest warte podzielenia się. Ale z jakiegoś powodu bardzo chciał ją usłyszeć.
W międzyczasie kiedy ja się zastanawiałam jak mam zacząć swoją opowieść, on kontynuował składanie pojedynczych pocałunków na mojej skórze, a mnie chcąc nie chcąc przechodził dreszcz za każdym razem kiedy jego usta dotykały mojego ciała. Boże, co on ze mną robił, w tym momencie mogłam jedynie się cieszyć i napawać jego bliskością. Już oboje doskonale wiedzieliśmy jak ten wieczór się skończy, ale na szczęście ani ja ani on nie mieliśmy ochoty tego zmieniać. Lecz i tak myśl, że on również pragnie tego tak samo mocno co ja, napawała mnie jednocześnie radością jak i tym beznadziejnym pożądaniem nie do powstrzymania. Mam wrażenie, że przepadłam już dawno, w momencie kiedy wybił szybę w moim oknie, a potem postanowił zamieszkać w tym samym pokoju. Tyle, że ja postanowiłam ignorować te uczucia aż do teraz.
- Moja historia również nie jest jakoś bardzo interesująca... W przeciwieństwie do ciebie miałam siostrę, a przynajmniej do pewnego momentu. Miała mnie uczyć jak się dobrze przygotować do chodzenia do Ardem, ale któregoś dnia po prostu zniknęła i dotąd się nie odnalazła... - w końcu zaczęłam mówić starając się jednocześnie zachować swoje naturalne, spokojne brzmienie głosu. Ale on mi tego nie ułatwiał. Pozbywszy się mojego stanika, uprzednio dokładnie rozpracowując sposób odpinania jego zapięcia, odrzucił go gdzieś na bok. Gdyby to było jeszcze możliwe, na mojej twarzy natychmiast pojawiłyby się rumieńce. Na razie pochłonęła mnie fala zawstydzenia do tego stopnia, że uniosłam powoli obie ręce i zasłoniłam sobie nimi klatkę piersiową. Byłam... prawie całkowicie roznegliżowana, a on wciąż miał na sobie pełny strój... Chociaż zgaduję, że czeka aż ja się go pozbędę - O..osamu przestań się tak zachowywać kiedy coś do ciebie mówię - powiedziałam z cichym jękiem niezadowolenia, ale najwyraźniej postanowił nie brać sobie mojego polecenia do serca, bo ponownie zbliżył się do mojej twarzy, a jego wzrok utkwił w moich oczach.
- Ależ księżniczko moja, przecież sama tego chciałaś~. Poza tym, nie musisz się przede mną wstydzić. Cała jesteś piękna, naprawdę nie ma powodów do wstydu - jego głos jakoś sprawiał, że serce biło mi jeszcze szybciej, choć myślałam, że to już niemożliwe. Jednak jego słowa dodały mi otuchy do tego stopnia, że aż odsunęłam jedną rękę od swojego ciała i pociągnęłam go ku dołowi, że całym swoim ciężarem położył się na miękkiej pościeli na łóżku. Natchniona jakąś dziwną nagłą odwagą usiadłam na jego kolanach przodem do niego i nachyliłam się nad nim, opierając się rękami o jego klatkę piersiową.
- Dokańczając, po prostu od samego początku byłam nastawiona na pójście do szkoły wojskowej. I w przeciwieństwie do ciebie przyjęłam to całkiem pozytywnie, i tak była to jedyna droga jaką dla siebie widziałam - już nie dodając nic więcej, ponownie złączyłam nasze usta w pocałunku, jedną rękę wplatając w jego włosy i delikatnie głaszcząc go po głowie. Szczerze mówiąc to zawsze chciałam ich dotknąć. Wiedziałam, że będą takie miękkie i aksamitne w dotyku, a teraz jedynie utwierdziłam się w tym stwierdzeniu. Poczułam jak brunet uśmiecha się lekko pod nosem i po chwili trochę się wyprostował, zmuszając mnie do tego samego.
Wciąż nie przerywając pocałunku, chociaż już powoli zaczynało brakować mi powietrza, zaczęłam ściągać z niego kolejne warstwy garderoby. Naprawdę pragnęłam go w tym momencie i wiem, że teoretycznie ja już dostałam swoją część wcześniej. Wsunęłam mu ręce pod koszulę i wkrótce ściągnęłam ją z niego i dołączyła do moich ubrań gdzieś na podłodze. Przesunęłam ręką po jego torsie, kreśląc niekiedy jakieś niezidentyfikowane wzory po jego klatce piersiowej. Powoli sunęłam w stronę jego spodni, co on od razu poczuł, bo tuż przed tym jak dotarłam do paska poczułam jak brunet podnosi się i ponownie lekko popycha mnie w stronę dołu. Musiał odzyskać swoje poczucie dominacji, ale jednak jakimś dziwnym trafem... nie przeszkadzało mi to uczucie niższości.
- Nie tak szybko moja droga~. Powiedziałem przecież, że teraz kolej na mnie - znowu wymruczał mi te słowa do ucha, ponownie przyprawiając mnie o dreszcze. Mruknęłam cicho z niezadowoleniem niczym dziecko, któremu właśnie zabrano zabawkę. A on słysząc ten dźwięk popatrzył na mnie w połowie z rozbawieniem, a w połowie z lekkim zdziwieniem - Kto by się spodziewał, że będziesz aż tak sfrustrowana księżniczko~ - uśmiechnął się delikatnie patrząc w moje oczy oczekując na reakcję.
- Ależ o czym ty mówisz? Ja jestem tylko nieśmiałą, niewinną dziewczynką~ - na chwilę opuściłam wzrok na swoją rękę, która błądziła bez celu po jego klatce piersiowej, lecz moment później ponownie popatrzyłam się w jego oczy - Ale naprawdę chyba powinniśmy przejść do rzeczy, prawda? Dostałeś swoją historię, więc teraz mi pokaż swoją odpowiedź na moje pytanie~. Później będziesz mógł się jeszcze chwilę pobawić w tej sposób, chyba, że będziesz na tyle zmęczony, że pójdziemy spać - położyłam rękę na jego policzku, po raz kolejny łącząc nasze usta w pocałunku. Zastanawiam się jedynie co będzie potem. Czy to jednorazowe przedsięwzięcie czy może będzie z tego coś więcej?
~*~
Kiedy się obudziłam to w pierwszej chwili zalała mnie fala szoku, że zamiast na miękkiej poduszce moja głowa aktualnie spoczywa na monotonnie unoszącej się i opadającej klatce piersiowej, która najprawdopodobniej należała do Osamu. Trochę mi zajęło zanim połączyłam wszystkie fakty i dokładnie odtworzyłam w swojej głowie wszystkie wydarzenia z wczoraj. No cóż, z pewnością było to jak najbardziej przyjemne wspomnienie~.
Podniosłam wzrok by móc popatrzeć na twarz bruneta. Wciąż spał i przy okazji zdawał się być jakoś... szczęśliwszy? Chociaż pewnie tylko mi się zdaje.
Uśmiechnęłam się i powoli wyciągnęłam rękę w stronę jego policzka, który delikatnie zaczęłam gładzić. I mimo, że ten gest był nadzwyczaj lekki i pewnie niezauważalny to jednak sprawił, że się obudził i popatrzył w moją stronę.
- Ah, księżniczko, czyli zostajesz dzisiaj ze mną i nie idziesz na lekcje~? - przez krótką chwilę chciałam natychmiast potwierdzić, ale moment później dotarł do mnie sens jego wypowiedzi. Szkoła. Lekcje. Czyli jestem spóźniona.
Z prędkością godną światła pobiegłam do łazienki i na szybko się jakoś ogarnęłam, ubierając na siebie pierwsze lepsze ubrania z szafy.
- Mam rozumieć, że nie idziesz ze mną i zostajesz tutaj? - moment przed tym jak wyszłam jeszcze rzuciłam okiem w stronę Osamu, który wciąż leżał jak gdyby nigdy nic na moim łóżku i zapewne nie miał zamiaru się ruszyć pokręcił jedynie głową na znak protestu, więc rzuciłam mu krótkie 'do zobaczenia' i wyszłam z pokoju. Czy sens w ogóle było iść teraz na lekcje? Nie mam pojęcia, skoro i tak jestem spóźniona. Nawet nie wiem ile.
Ale najwyraźniej nie było aż tak tragicznie, nauczyciel jedynie zmierzył mnie powątpiewającym wzrokiem i pozwolił usiąść w ławce nie przerywając swojego wywodu. Znowu siedziałam sama. Colette nie było, pewnie leczyła swoją złamaną rękę. Więc nie miałam co robić. Chyba, że Osamu jednak postanowi znowu pojawić się pod postacią iluzji i siedzieć pod moją ławką. Chyba powinnam go przeprosić za ten cios ostatnio, chyba tego dotąd nie zrobiłam.
A lekcja się dłużyła i dłużyła, a ja nawet nie zwracałam zbytniej uwagi na to, co mówił nauczyciel. Chciałam wrócić do pokoju, tam jest o wiele ciekawiej nawet jak nic się nie dzieje. Chociaż... chciałam wrócić do pokoju czy chciałam wrócić do bruneta? Czy może oba na raz? Czy to są jakieś kolejne objawy zakochania? Bo nie ukrywajmy, że byłam prawie pewna, że go kochałam. A takie uczucia jak to jedynie utwierdzały mnie w tym przekonaniu.
Po bliżej niezidentyfikowanym czasie mogłam już wrócić do pokoju, co przywitałam z wewnętrznym głębokim westchnieniem ulgi. Jestem ciekawa co Osamu robił pod moją nieobecność i nad tym zastanawiałam się przez całą drogę powrotną, dopóki nie otworzyłam drzwi do pokoju.

Osamu kochanie?

Od Beverly do Darumy

Mijały kolejne dni w akademii. Nie działo się nic szczególnego. Chciałam jakoś urozmaicić czas wolny, więc zgłosiłam się do pomocy w bibliotece. 




Wybudziło mnie słońce, rozświetlające mój pokój. Była dość późna godzina poranna, ale nie na tyle, żeby się spóźnić. Mojego współlokatora nie było w pokoju, więc obecnie byłam sama. Rozejrzałam się, tak gdyby przez noc coś miało się tu zmienić. Myliłam się. Przeciągnęłam się, po czym weszłam do łazienki. Wzięłam zimny prysznic i przygotowałam się do wyjścia. Założyłam mundurek, spięłam włosy. Zgodnie z dzisiejszym planem zajęć, naszykowałam książki do torby, zarzuciłam na ramie i pospiesznie wyszłam z pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Zdziwiłam się, gdy zdałam sobie sprawę, że mam jeszcze sporo czasu do nauki.

Szłam leniwie korytarzem, obserwując innych uczniów Corvine. Wszyscy zabiegani, ponieważ początek tygodnia. Przeszłam się na dziedziniec. Usiadłam na ławce, miałam zaczerpnąć po jedną z zaczętych powieści, aż przypomniała mi się dość istotna rzecz. Zerwałam się na nogi, masując swój kark. Muszę się pospieszyć.


- Beverly, zgłosiłaś się do pomocy. - mruknęłam sama do siebie, przekląwszy pod nosem. Natychmiastowo poprawiłam odzież i pobiegłam do biblioteki w budynku mieszkalnym. Musiałam tym samym pilnować torby, która w czasie truchtu leciała na wszystkie strony. Nie chciałabym czegoś z niej zgubić.

Uspokoiłam się, gdy znalazłam się na właściwym korytarzu. Szłam przed siebie, rozglądając się po kątach. Chwilę zastanawiałam się, do czego będę potrzebna. Mimo wszystko, lubię to miejsce. Często tu jestem, gdy tylko mam okazję. Wzrok skupiłam na drzwiach prywatnej biblioteki. Podbiegłam, nieznacznie pukając. Weszłam bez reakcji, podchodząc do biurka na środku pomieszczenia. Niedaleko leżała kartka, która była zaadresowana do Beverly Alvares. Czyli do mnie.

Przeczytałam ją uważnie dwa razy, po czym odłożyłam torbę niedaleko i wzięłam się za powierzone zadania. Miałam posprzątać pomieszczenie oraz ze szczerym uśmiechem udzielać pomocy innym uczniom Corvine. Nie widziałam w tym nic złego, nawet uważałam, że mam wystarczająco dobrą pracę nałożoną na moje możliwości. Zasięgnęłam po szczotkę, aby zamieść kurze. Uważnie sprzątałam, dokładnie wykonując powierzone obowiązki. Śledziłam każdy zakątek pomieszczenia. Skupiłam się głównie na podłodze, aż wpadłam na jednego z uczniów przeglądającego książki edukacyjne. Przestraszyłam się, że zniechęcam się do kogoś na samym początku mojej pracy. Nie tak miało to wyglądać.


- Przepraszam, ja nie chciałam. - wydusiłam z siebie po chwili, aż odważyłam się spojrzeć mu w oczy. Przede mną stał mężczyzna na pierwsze oko centaur, miał jasne włosy, piękne rogi, natomiast resztę dopełniała duża ilość złotej biżuterii. Przyjrzałam się dokładnie, bo nie często widuje się centaurów w naszej szkole. 
- Nic się nie stało. - wybił mnie z rozmyślań nieznajomy. Nie kojarzyłam go wcześniej, chociaż możliwe, że kiedyś wymijaliśmy się na korytarzach. 
- Beverly Alvares. - podałam rękę w jego stronę w geście powitalnym, odkładając wszystko co miałam. - Zawsze chętna do pomocy. 
- Daruma Vardbar. - wyszczerzyłam się na jego słowa, natomiast widziałam w jego oczach, że niechętnie ze mną rozmawia. Mimo wszystko podał mi dłoń. 
- Czego szukasz? - dociekałam zaciekawiona, zwracając uwagę na fakt w jakim dziale się znaleźliśmy. Chłopak chyba nie był zainteresowany moją osobą, ale jednak wolałam zapytać. W końcu bez potrzeby się nie zgłosiłam do pomocy. Nie myśląc w takim znaczeniu, że chciałam w jakiś sposób zarobić. Nawet nie potrzebuję pieniędzy, gdyby mi je zaoferowano. Po prostu chciałam zapełnić dziury, który kończyły się nudą w moim czasie wolnym między lekcjami, przy okazji może poznać kogoś nowego. Czy Daruma będzie akurat tą osobą? Kto wie. Musi się najpierw do mnie przekonać.



Daruma?

Od Pearla CD Colette

Trochę się nie spodziewał, że dziewczyna zacznie mu poprawiać włosy. On już się przygotował, że sam będzie musiał to zrobić albo najzwyczajniej w świecie jakoś to zignorować i tak chodzić. Zresztą, nie miał jakiejś ładnej ani tym bardziej wymyślnej fryzury – po prostu porozrzucane po głowie nierówno przycięte i lekko zagięte kosmyki.
Jego mięśnie nieco się spięły w momencie, w którym Colette zaczęła poprawiać włosy, jednakże rozluźniły się gdy tylko poprawianie zaczęło podchodzić pod głaskanie go po głowie. Stanął spokojnie, piórka opadły do połowy, odrobinę uciekając na boki. Mimowolnie zmrużył oczy. Musiał przyznać, że to było przyjemne. I relaksujące po stresującej połowie dnia. Dawno nikt go nie głaskał. Ralven jedynie czochrał go po głowie i zawsze pozostawiał po sobie ślad w postaci rozwalonej fryzury. Charulianie zaś z reguły całkiem często się nawzajem głaskali (coś w rodzaju okazywania bliskości). A on miał jeszcze to koło dzieciaków, które próbowały doskoczyć i dotknąć czubka głowy, bo był jednym z najwyższych w osadzie.
Colette musiała zauważyć zmianę jego postawy, ponieważ na moment zastygła w bezruchu. Zmierzyła go wzrokiem, milcząc. Pearl podniósł powieki, podobnie jak pióra, przyjrzał się dziewczynie. Wtem uniósł nieco brwi, okazując pewne zdziwienie. Uciekł wzrokiem gdzieś na bok, źrenice zmniejszyły się, gdy tylko natrafiły na promienie słoneczne przebijające się przez znajdujące się obok okno. Zamrugał parę razy, po czym powrócił wzrokiem na dziewczynę.
– Już – mruknął pod nosem, odrobinę się od niej odsuwając.
Stanął krok dalej, ręką wygładził swoje włosy. Colette chwilę mu się przyglądała, jakby nad czymś się zastanawiała, po czym wyprostowała się, mówiąc:
– Możemy się teraz udać do biblioteki, tam nie powinno być dużo osób, bo, cóż, większość w Ardem nie jest miłośnikami czytania. – Wzruszyła ramionami.
Na jej słowa Pearl przytaknął.
– Dobrze.
Ruszyli korytarzem, Colette prowadziła, Pearl szedł tuż za nią. Przemykali się między przechodzącymi uczniami, starając się nie wejść im w drogę. Ale i tak znalazło się parę osób, które rzucało zaciekawione spojrzenia w stronę charuliana. Pearl popatrzył po co niektórych, westchnął cicho. Będzie musiał się do tego przyzwyczaić, bo raczej nic innego na to nie poradzi.
W miarę sprawnie doszli do dużych drzwi, nikt ich więcej nie zaczepił po drodze. Colette otworzyła je, a następnie obydwoje weszli do środka.
Pearl od razu zaczął się rozglądać. Biblioteka była całkiem spora, liczyła wiele regałów i jeszcze więcej książek. Widok ten wywarł na niego wrażenie, aczkolwiek nie tak duże, jak mogło się spodziewać, ponieważ raz Ralven zabrał go do naprawdę wielkiej biblioteki. Była tak duża, że aż się w niej zgubił i opiekun spędził przynajmniej kwadrans szukając go. Pamiętał to bardzo wyraźnie. Do dzisiaj nie wiedział, jakim trafem do tego doszło.
– W akademickiej bibliotece znajdziesz sporo ciekawych i pomocnych książek – powiedziała Colette, sama się rozglądając. – Choć z racji, że niezbyt wielu tu zagląda, nie masz stuprocentowej szansy, że będzie tu coś, czego szukasz.
Pearl słuchał uważnie, jednak paru słów nie zrozumiał. Na razie postanowił pominąć pytanie o określenia i tym podobne, skupiając się na samym oprowadzaniu. Popatrzył na jeden z regałów, gdy nagle do jego głowy przyszła pewna myśl. Czy jest tu gdzieś książka, w której będzie coś o charulianach? Zaciekawiło go to, na tyle, że postanowił to sprawdzić.
Spojrzał na Colette, która mu się przyglądała.
– Jest książka o... – na chwilę zamilkł, próbując znaleźć słowo – rasach?
Na to pytanie dziewczyna uniosła brew.
– Zwierzęcych czy humanoidalnych?
Otworzył szerzej oczy. Human-co?
– Humano... Human.
– Hm... Powinny być tam.
Weszła w głąb biblioteki, Pearl czym prędzej podążył za nią. Jakiś czas później stanęli przed jednym z regałów, po brzegi zapełnionym książkami. Charulian zmierzył wzrokiem grzbiety kilku książek, chwilę poświęcił na odczytanie ich tytułów. Po krótkim zastanowieniu się wziął jedną do rąk i powąchał.
Od razu poczuł na sobie spojrzenie. Podniósł wzrok na stojącą obok Colette, która spoglądała na niego z pewnym zdziwieniem. W momencie, gdy zdał sobie sprawę, o co to mogło chodzić, speszył się, pióra odrobinę opadły. Musiał mieć ten odruch, że często wąchał rzeczy, które po raz pierwszy brał do ręki. Cmoknął cicho pod nosem. Miał ochotę w tym momencie uderzyć się tą książką. Ciekawe, ile mi zajmie przystosowanie się do społeczeństwa i pozbycie się leśnych nawyków. O ile w ogóle to nastąpi.
Otworzył książkę, zgodnie z naukami Ralvena wyszukał spis, który okazał się być na samym początku. Przeleciał wzrokiem po wszystkich słowach, części nie zrozumiał, ale nie przejął się tym a faktem, że nie znalazł swojej rasy. Zamknął książkę, odłożył na półkę i sięgnął po kolejną. W tej jednak również się jej nie doszukał. Sprawdził jeszcze dwie książki, ostatecznie zrezygnował. Pewnie nie było niczego o charulianach. Zwilżył językiem usta.
– Czego szukasz? – usłyszał nagle.
Wzdrygnął się, po chwili jednak odwrócił głowę i popatrzył na dziewczynę.
– Już nic – odparł po krótkim zawahaniu.
Postanowił na razie o tym nie mówić. W końcu Colette miała go oprowadzić po akademii i pewnie chciała to mieć już z głowy. Nie mógł więc teraz zabierać jej czasu.
– Idźmy dalej – dorzucił chwilę później.
Najlepiej by było, jakby mogli się udać na świeże powietrze. Ciekawe, czy mieli tu jakieś zewnętrzne atrakcje, pola czy coś w tym stylu. Chyba o to później zapyta. Tylko najpierw pozwoli się grzecznie oprowadzić.

Colette?

Od Keyli cd. Mavena - Bal

Dzisiejszy wieczór na pewno wywoła na mnie sporą ilość emocji. Jakby nie patrzeć - wybieram się tam z chłopakiem, którego nawet praktycznie nie znam. Mimo wszelkiego stresu i obawy, chciałam się do niego przekonać. Miałam nadzieje, że nie będzie taki jak większość mężczyzn, których napotkałam na swojej drodze. Liczyłam, że niejaki Maven będzie tym nielicznym, do którego będę miała szacunek. Jednakże nigdy nie wiadomo. W ostatnich dniach często się zastanawiałam, czy warto iść na ten bal. Nie chciałam zawieść znajomej, zostawiając partnera na samopas. Jestem wdzięczna, że nas przekonała do balu. Poniekąd cieszyłam się, że z kimś idę. Chociaż myśl, że mogłam zostać w swoich skromnych progach długo tkwiła w mojej głowie. Do czasu. Zdałam sobie sprawę, że to dzisiejszy wieczór. 


Chciałam wypaść jak najlepiej. Nie koniecznie mocno wyróżniająco. Delikatnie, ale elegancko. Natychmiastowo przemieściłam się z korytarza akademii do mojego pokoju, wybierając najlepszy strój. Nie zajęło mi to sporo czasu - gdy zauważyłam długą rozkloszowaną suknię, ze złotymi akcentami wiedziałam, że to jest to co chcę założyć. Miałam już wizję, jaką biżuterię dobiorę czy buty. 

Skoczyłam do łazienki, rozczesałam włosy, układając je na jeden bok, włożyłam suknię, obcasy. Szybciej niż myślałam wybrałam biżuterię, dodając uroku reszcie. Byłam gotowa szybciej niż myślałam. Rozejrzałam się po pokoju, czy na pewno wszystko mam. Miałam już wychodzić, ale usiadłam jeszcze przed tym na łóżku - zastanawiając się nad nieznajomym partnerem. Miałam wiele wątpliwości. Czy to był dobry wybór? 


Koniec końców - wyszłam z nory nazywanej moim pokojem, kierując się do widzianej zza okna dorożki. Dookoła można było zauważyć inne piękne pary, szykujące się do balu. Gdy znalazłam się na dworze, rozglądałam się szukając znajomych twarzy, ale nikogo nie ujrzałam. Po wypowiedzi dyrektorki, uważając na swój strój, weszłam do pojazdu. Obserwowałam każde mijane drzewo, rozmyślając jak to wszystko będzie wyglądało. W między czasie optymistyczny uśmiech widniał na mojej twarzy, mimo ukrywającego w środku stresu. 
Droga nie trwała długo, a przynajmniej tak mi się wydawało. Serce zaczęło mocniej bić na myśl, że zaraz tam wejdę z moim towarzyszem, którego nawet nie znam. Teraz doszło do mnie, co tak naprawdę się dzieje. Stanęłam na równe nogi, poprawiłam suknię. Rozglądałam się, w poszukiwaniu Mavena. Zostałam praktycznie sama, bo większość wybrała się już w stronę wejścia. 



Ujrzałam chłopaka, samotnie poprawiającego włosy obserwującego najbliższy teren. Podświadomość mówiła mi, że może być to nieznany mi partner na balu. Po chwilowym zastanowieniu postanowiłam podejść, dowiedzieć się czy to on, a jeżeli nie, czy wie gdzie może się znajdować. Ręce lekko mi się trzęsły, a ja sama nie wiem co miałam powiedzieć, jak zagadać. Ze szczerym uśmiechem, chciałam dotknąć go za marynarkę, jednakże wcześniej złapał mnie za nadgarstek. Poczułam na sobie jego spojrzenie kocich oczu. Przeleciałam go wzrokiem od góry do dołu. Zauważyłam dostojny strój, który naprawdę dobrze na nim leżał. Doczekałam się, że mnie puścił, a tym samym byłam nieco pewniejsza siebie, aby wypowiedzieć jakiekolwiek zdanie. Odetchnęłam z ulgą.

- Cześć, Keyla Myers, czy mam przyjemność poznać Mavena? - chciałam uniknąć zawahania w głosie, ale nie wyszło mi to na dobre. 
- Tak, witaj. Przepraszam, że tak chaotycznie, nie spodziewałem się ciebie. - odpowiedział po chwili, wpatrując się w mój strój. 
- Wyglądasz nieźle, niczego sobie. - uśmiechałam się nadal, nie wiedząc czy dobrze dobieram słowa. Nie chciałam, aby zrozumiał mnie źle.
- Też ładnie wyglądasz. - złapaliśmy kontakt wzrokowy. - Wchodzimy? 

Nie odezwałam się, tylko skierowałam się w stronę schodów prowadzących do Zamku. Razem ze mną Maven. Miałam nadzieję, że się nie potknę, aby wyjść dobrze w jego oczach i nie zaniżać swojej reputacji. Sam chłopak, mimo krótkiej wymiany zdań wydawał się w porządku.  Nie chciałam się do niego na starcie zniechęcać. Zobaczymy, jak będzie dalej. Oby jak najlepiej. 

Przekroczyliśmy próg wejścia, a na sali rozległ się donośny głos.
- Keyla Myers z Dworu Świtu i Maven Carole Itori z Dworu Jesieni, miłego wieczoru!

Stres, czy dezorientacja nadal ogarniała moje ciało, nie wiedziałam co mogę zrobić, a czego sobie chłopak nie życzy. Nie chciałam wprowadzać go w stan onieśmielenia, żeby mimo wszystko miło zapamiętał cały ten czas. By sprawić, że będzie myślami wracał do tego wieczoru. Nie chciałam go też od siebie odrzucać. Wydawało mi się, że rozmowa będzie najlepszym wyjściem. Przeczekałam jeszcze chwile, chcąc wydusić z siebie jakieś słowa. 

- Idziemy się czegoś napić? - wybił mnie z rytmu, a ja twierdząco pokiwałam głową. Podeszliśmy do stołu z wszelkimi przekąskami czy piciem. Obserwowałam innych, a także aranżacje tego pomieszczenia. Wszystko wyglądało bardzo elegancko i przyjemnie. Po chwili postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o nim. 

- Opowiesz mi coś o sobie? - zapytałam, biorąc oddech, wyczekując na jego odzew. W między czasie wsłuchiwałam się w kolejne wykrzykiwane nazwiska. Sala się zapełniała. 



Maven? 

Od Pearla do Lyanny – Bal

Bal.
Bal.
Bal.
Został zaproszony na bal. Ponoć w podzięce za pomoc w walce z orkami. On, jak i pewnie reszta tych, co brała udział w potyczkach lub w inny sposób wspomogła królestwa, otrzymali zaproszenia na uroczysty bal. Miał ubrać coś eleganckiego, zjawić się podanego dnia o podanej godzinie. Ponadto powinien przyjść z osobą towarzyszącą. Miał kogoś zabrać ze sobą? Ale kogo? Nie miał pojęcia, z kim mógłby pójść. Nie wiedział nawet czy ktokolwiek zechce z nim iść. Jakoś szczególną popularnością się nie cieszył w akademii... Poza tym, że niektórzy nazywali go uroczym (chociaż nie był pewien czy miał to traktować jako coś pozytywnego). Z kim mógłby więc pójść?
Chwila, może powinien zacząć od najważniejszej kwestii:
– Co to bal?
Siedząca obok na powalonym pniu Lyanna spojrzała na niego, posyłając mu pytające spojrzenie. Tego dnia oboje postanowili spędzić trochę czasu w lesie, do którego często zaglądał towarzysz dziewczyny i w którym to po raz pierwszy się spotkali. Miejsce to było miłe, a Pearl dobrze się czuł na łonie natury, więc uznali, że warto korzystać, póki jest okazja. Choć nie znali się zbyt długo, nie minęło nie wiadomo ile od ich poznania się, jakoś tak się zakolegowali. Jeśli Pearl miał być szczery, całkiem miło mu się spędzało czas z Lyanną. I jakoś Aegon się do niego przełamał (ze wzajemnością).
– Też dostałeś zaproszenie? – zapytała dziewczyna z ciekawością.
– Mhm. – Pokiwał głową. – Ale nie wiem, co to bal – dodał z nutą smutku w głosie.
Dzisiaj pogoda dopisywała, była taka, jaką lubił – nie za ciepło, nie za zimno. Słońce przyjemnie grzało, jednocześnie lekkie podmuchy wiatru dawały ochłodę. Chmur było niewiele, nie zapowiadało się na deszcz. Dokładnie tak, jak podczas ich pierwszego spotkania. Aż wróciły wspomnienia. Ale nie to teraz było ważne.
Podniósł wzrok znad ziemi na wylegującego się nieopodal na polanie Aegona. Koyoonri leżał na wcześniej udeptanej przez siebie trawie, chwytając promienie słoneczne w swoją ciemną sierść. Wyglądał na zadowolonego i prawdopodobnie taki też był. Większość zwierząt lubiła grzać się na słońcu. Nawet Pearl uważał to za coś bardzo przyjemnego. Zwłaszcza po ciężkim dniu spędzonym w akademii. Nie miało się na nic ochoty, chciało się tylko leżeć i nagrzewać.
– Twój opiekun ci nie powiedział?
To pytanie wyrwało go z chwilowego zamyślenia. Zamrugał parę razy, a następnie popatrzył na Lyannę.
– Nie wyszło – odparł trochę niepewnie.
Jakoś tak nie miał okazji go o to zapytać. Ostatnio Ralven był trochę zabiegany, a Pearl nie chciał zabierać mu czasu. Uznał, że wcześniej czy później dowie się, co to ten cały bal i czemu niby gra tak ważną rolę.
Znów spojrzał na Aegona. Chwilę mu się przyglądał, po czym powrócił wzrokiem na Lyannę. Dziewczyna na moment popadła w zamyślenie – zapewne próbowała znaleźć do odpowiedzi na pytanie charuliana w miarę proste słowa, żeby mógł jak najlepiej zrozumieć.
– To takie jakby spotkanie, wydarzenie – zaczęła wolno. – Osoby z zaproszeniem przychodzą w ładnych ubraniach. Na balu się głównie tańczy.
– Tańczy? – spytał Pearl z pewną niepewnością w głosie.
Nie umiał tańczyć. Co prawda w jego rodzinnej osadzie organizowano zabawy, podczas których się tańczyło, ale on nigdy w taki sposób nie brał w nich udziału. Zwykle po prostu siedział i obserwował innych, ciesząc się ze szczęścia bliskich. No i oczywiście jadł, bo na takich wydarzeniach jedzenie zawsze było najlepsze, a co dopiero trunki z owoców, niektórych liści i wyjątkowego miodu leśnych pszczół.
Lyanna musiała wyczuć, że kwestia tańczenia nie przypadła za bardzo Pearlowi do gustu, bowiem zaraz powiedziała:
– W zasadzie tańczenie nie jest konieczne. Jest jedzenie, więc można w sumie jeść i rozmawiać z innymi – dorzuciła.
Na te słowa oczy Pearla się zaświeciły, piórka uniosły się nieco.
– Jedzenie?
– Tak.
Spuścił wzrok na pobliski krzak. Jak ma być jedzenie... Jak ma być dobre jedzenie, to mogę iść. Tylko pozostawały jeszcze dwie kwestie: co ubrać i z kim pójść. W sumie o strój to się chyba nie musiał za bardzo martwić. Ralven na pewno mu jakoś pomoże. Poprosi o pomoc swoją przyjaciółkę i razem coś zdobędą dla niego, Ale z kim miał iść? Nie znał za wiele osób, a pewnie większość dobrała się już z kimś.
– Nie mam z kim iść – rzekł nieco zniżonym głosem.
Słysząc to, Lyanna spojrzała na niego, unosząc brwi.
– Ja też – powiedziała. – Jakoś jeszcze nikogo nie znalazłam.
W tym momencie Pearl odwrócił głowę, popatrzył na nią z błyskiem w oczach.
– Idziemy razem? – zapytał. – Zjemy coś.
Tak, coś się skupił na jedzeniu. Ale jeśli miał być szczery, to był to główny powód, dla którego myślał nad pójściem. Pewnie będą tam potrawy, który nigdy na oczy nie widział, nie wspominając o jedzeniu, więc będzie miał co próbować. Może też pojawi się jakiś dobry alkohol? Albo sam coś przemyci.

Lyanna?
Wybacz, że krótkie i takie sobie :T
Szablon
Pandzika
Kernow