Tablica

Nadeszła zima, jakiej nawet nasi dziadkowie nie widzieli. Zapasy powoli się kończą, państwa patrzą na siebie coraz bardziej podejrzanym wzrokiem. Uczniowie muszą siedzieć w zimnych i rzadko ogrzewanych pokojach, bo akademię robią wszystko by nie zamknąć swych wrót przez brak pieniędzy. Ludzie w miastach wspierają się jak tylko mogą, jednak nawet to nie pomaga w wyżywieniu rodziny. Wcześniej ludzie nie zwracali uwagi na dziwne zachowanie zwierząt, jednak być może był to zwiastun czegoś nowego? Może ptaki przestały migrować, a stworzenia leśne zbierać zapasów na zimę z powodu jakieś większej sprawy? Pomimo ciężkich warunków, zimy i głodu, niektórzy chcą znaleźć przyczynę całego tego chaosu i szaleństwa. Próbują dotrzeć do miejsca, w które zdaje się, idą wszystkie magiczne stworzenia zamieszkujące nasz świat. Czy jednak jest to bezpieczne?

wtorek, 8 lutego 2022

Od Hiromaru CD. Eny

Po całym dniu byłem zmaglowany, ale szczęśliwy. Swoich mocy używałem wcale nie mniej, niż na zajęciach, więc powiedziałbym, że choć w końcu opuściłem dobre parę zajęć, to czas ten zdecydowanie nie poszedł na straty. Znaczy - nie poszedł, bo pomagałem ludziom, a czas, gdy pomaga się ludziom nigdy nie jest stracony. Ale nie poszedł też dlatego, że wciąż w pewien sposób ćwiczyłem swoje umiejętności. Pod innym kątem i w inny sposób, niż pod okiem nauczycieli, nadal jednak musiałem głowić się nad tym, jak użyć mocy związanej z wodą do pomocy przy odbudowie i sprzątaniu.
Bo powiedzmy sobie szczerze - gdybym dysponował jakimś innym żywiołem, albo gdyby Isa był większy i silniejszy, pewnie byłoby to o wiele prostsze. Może dałoby się zaprząc Isę w jakąś wielką uprząż, dzięki czemu mógłby przeciągnąć ciężkie kloce drewna, albo zaopatrzyć go w jakieś siodło i przytroczone do niego juki, by mógł transportować ludzi lub materiały. Albo gdybym dysponował mocą związaną z żywiołem ziemi - czy wtedy nie łatwiej byłoby mi pomóc przy odbudowie wszystkich domostw? Nim uda się postawić dom z desek i bali, musi przecież minąć trochę czasu, całość nie jest taka prosta. Ale przecież można też naprędce stworzyć ziemiankę, gdzie dałoby się przeczekać te parę jesiennych tygodni, nim uda się wybudować schronienie z prawdziwego zdarzenia.
Właściwie to odkąd przybyłem do Kernow, rzeczywistość wciąż wcierała mi sól w rany pokazując dobitnie, jak wielu rzeczy nie mogę, nie potrafię i nie dam rady zrobić. Jak wiele mam jeszcze do opanowania, tak pod względem samych umiejętności, jak i ogólnego przemyślenia spraw. Brakowało mi siły, zdolności i - co tu dużo mówić - rozumu, żeby jednym i drugim się skutecznie posługiwać. Czy dało się nauczyć również tego? Nie wiedziałem. Ale byłem zdecydowany, by się przekonać.
Przeliczenie i ogarnięcie wszystkiego, co było potrzebne, zajęło mi i Enie całkiem sporo czasu - sprawdziliśmy wszystko kilka razy, by mieć absolutną pewność, że żaden z nas się nie pomylił. Oczywiście, że byłoby naprawdę źle, gdyby odszkodowanie z miasta okazało się zbyt małe, ale nie wiem, czy nie byłoby jeszcze gorzej, gdybyśmy przeszacowali ilość potrzebnych zasobów i ktoś stwierdziłby, że biedni wieśniacy usiłują naciągnąć miasto, ugrać coś na własnym nieszczęściu. Wolałem nie myśleć nawet o tym, co by się działo, i jak by to wszystko wyglądało, gdyby doszło do takiego nieporozumienia, jeszcze z naszej winy.
W końcu usiedliśmy z Eną, mogliśmy nieco odpocząć po intensywnym dniu. Ja sam czułem to ciepło i lekki ból w mięśniach, który zawsze pojawiał się, gdy spędzałem niemal cały dzień na świeżym powietrzu i w ruchu. Isagomushi leżał mi na ramieniu, nawet on był już zmęczony po intensywnej pracy i nie zamierzał już nawet dryfować w powietrzu, tak jak to zawsze czynił. Wydawało mi się, że to już tak jakby koniec - że teraz czeka nas już tylko odpoczynek, że dzień nie będzie miał żadnych niespodzianek w zanadrzu, a gdy już zjemy i nieco posiedzimy, obaj z Eną zbierzemy się z powrotem do akademików i będzie to koniec.
Los, tak jak zawsze, miał zupełnie inne plany.
Rozległ się krzyk, ja zaś prawie wywaliłem talerz z jedzeniem, usiłując poderwać się na równe nogi. Adrenalina zrobiła swoje, ciało było gotowe do działania w okamgnieniu, jednak moja głowa nie pracowała aż tak szybko i w efekcie gdy Ena podbiegł do krzyczącej dziewczyny i zasłonił ją własnym ciałem, ja stałem jak kołek w płocie - czyli w sumie tak, jak zawsze w obliczu jakiegokolwiek zagrożenia.
Dopiero po chwili pozbierałem się na tyle, by zacząć działać.
— Przecież nic nie zrobił, to jeszcze szczeniak! — wypaliłem pierwsze, co przyszło mi do głowy, gdy część wieśniaków już szykowała się do tego, żeby zdusić zagrożenie w zarodku.
Podszedłem do Eny, spojrzałem na zwierzaka. To prawda, że tamte wilki były groźne, drapieżne i dzikie, jednak i inteligentne. To nie były tylko bezrozumne bestie - wychowały się w dziczy, więc człowiek był dla nich zagrożeniem, zaś w krowach i owcach widziały łatwy posiłek. Jednak ten wilczek tutaj, nie był żadną dziką bestią. Był tylko młodym stworzeniem, które nie rozumiało jeszcze zasad świata, nie potrafiło poradzić sobie ze zdobyciem pożywienia i generalnie było całkowicie bezbronne. I skoro nie rozumiało jeszcze zasad, można było mu je wpoić. Jak chociażby takie, by nie atakowało ludzi ani bydła, by było posłuszne i to w ludziach widziało swoją rodzinę.
— Lepiej pozbyć się tego teraz, niż potem, jak znowu spali całą wioskę — burknął jeden z mieszkańców wioski, robiąc odważny krok w stronę wciąż trzymającego wilczka Eny.
Nie wiem, czy bycie studentem Sarlok sprawiało, że jakoś lepiej rozumiało się zwierzęta i potrafiło się nimi zajmować. Ale na pewno życie z demonem sprawiało, że nie traktowało się innych istot jak przedmiotów, które można zniszczyć lub wyrzucić, nie starając się najpierw ich zrozumieć.
— To nie jest to! — zaprotestowałem niezbyt składnie, stając między wieśniakiem i Eną. — Jest mały, można go jeszcze nauczyć. Jeśli dobrze się go wychowa, może będzie pilnował krów przed innymi wilkami. Przecież są tutaj psy, prawda?
Nie wiem, na ile moje słowa docierały. Nie lubiłem podnosić głosu, nie lubiłem kłócić się z innymi, ale gdy alternatywą było bierne patrzenie na to, jak morduje się niewinną istotę „bo tak", po prostu nie mogłem stać z boku z założonymi rękami. Zerknąłem na Enę. Chłopak skinął mi głową.
— Trzeba znaleźć dla niego jakieś jedzenie. Jest przemarznięty i zmęczony — powiedział, forsując nieco pomysł, by jednak nie krzywdzić wilczka.
Zamyśliłem się nad tym podejściem - faktycznie, tłum potrafił działać pod wpływem emocji i były szanse na to, że jeśli będziemy się zachowywać tak, jakby wilczek miał z nami zostać, to wieśniacy jakoś w tym kierunku przepłyną. Szczególnie, że nie oszukujmy się - pomogliśmy im. Naprawdę.
Złowiłem wzrokiem dziewczynę, która siedziała z nami przy posiłku.
— Czy dasz radę znaleźć trochę gotowanego jedzenia dla niego? Może kasza z warzywami i trochę mięsa? Powinno być w porządku, jest mały, ale nie na tyle, żeby jego brzuch sobie z tym nie poradził — poprosiłem.
Tymczasem wieśniak prychnął.
— Chcecie to coś zatrzymać? Na pewno nie ma miejsca dla niego w wiosce.
Czułem w sercu, że niestety w Sarlok też może nie być dla niego miejsca - wilczek był mały, i co prawda była szansa na to, że gdy dorośnie będzie w stanie stanowić pomoc w walce, ale czy to był wystarczający argument, bym mógł go przygarnąć? Czy w ogóle miałem ku temu warunki? Czy może Ena wolałby przyjąć go pod swoje skrzydła? Czy nie lepiej byłoby mu jednak tu, w wiosce? Jednak wtedy musielibyśmy sprawić z Eną, żeby nikt nie postanowił podnieść na zwierzaka ręki, nawet z czystej złośliwości.

niedziela, 6 lutego 2022

Od Luciena CD. Darumy

 Nigdy nie zdarzyło się by jakiekolwiek stworzenie dało radę dostać się aż do głównego obozu. Najczęściej patrole, które wysyłaliśmy zajmowały się nimi od razu, ale coś czułem, że dawno żaden nie został wysłany. Kadeci trzymali się z tyłu, tak jak nakazali im starsi i bardziej doświadczeni żołnierze. Niektórzy byli bez broni, osłaniając się jedynie tarczami ze swoim syfonów. Kilka kobiet zaprowadziła dzieciaki jak najdalej od istoty, nie mielibyśmy czasu by je bronić i sprawdzać co się z nimi dzieje. 

Mężczyźni zaczęli coraz bardziej zbliżać się do stworzenia, by oddalić je od obozu, jednak gdy tylko zrobili krok w jego stronę, uderzało w ich stronę ogonem, co sprawiało, że cofali się jeszcze bardziej. Odwróciłem się by zobaczyć czy Daruma jednak został tam gdzie miał i gdy się w tym upewniłem, ruszyłem do głównego namiotu, by ze starszymi wojownikami zaplanować co robimy dalej.


~*~


– Skoro już jednego dzisiaj widziałeś, to znaczy, że jest ich więcej – mężczyzna chodził wokół stołu, bacznym wzrokiem obserwując mapę. – Pewnie mają gdzieś ukryte leże, dlatego też nigdy ich nie spotkaliśmy. Ale dlaczego nagle teraz wyszły?

Właśnie to było najważniejsze pytanie. Pewnie w tych górach nie było stworzeń, które mogłyby być ich wrogami. Były uzbrojone, wielkie i zabójczo szybkie. A teraz wydawały się rozszalałe i złe, jakby ktoś wybudził je z długiego snu. 

– Musimy je wybić. Nie chodzi tutaj o zasady przetrwania, jednak nie chcę stąd odchodzić z myślą, że to coś może pojawić się tu w nocy, by coś sobie przekąsić. Musimy przetransportować osoby, które będą wadzić głębiej w góry i zapolować – odwróciłem się w stronę dwóch młodych wojowników stojących przy wejściu do namiotu. – Zabierzcie ze sobą jeszcze sześciu wojowników i znajdźcie jakieś schronienie w górach. Zabierzcie wszystkich, którzy nie będą brać udziału w walce. Wyślijcie także wiadomość księciu. 

Kiwnęli głowami i po sekundzie już ich nie było. Miałem wielki mętlik w głowie, tym bardziej, że nawet tutaj było słychać dźwięki, jakie wydawała kreatura, znajdująca się w naszym obozie. Wiedziałem jednak, że musiałem wyjaśnić Darumie całą sytuację i, że będzie musiał opuścić obóz razem z resztą. Droga do domu nie zajęła mi długo, kilka osób próbowało po drodze coś do mnie zagadać, ale nie zwracałem na nich uwagi. Każdy z nich miał wyznaczone zadania, którymi powinni się zajmować, nie czas był na pogaduszki. Dlatego też tylko warczałem na nich pod nosem, idąc prosto przed siebie. 

Daruma siedział przy palącym się kominku. Podniósł się od razu, gdy tylko usłyszał, że drzwi się otwierają. 

– Sprawa załatwiona? – zdziwiłem się słysząc jego pytanie. Jednak dość szybko okazało się, że ryczenia bestii nie było tutaj już słychać. Pewnie zepchnęli ją dalej, przez co wydawało się, że już wszystko się skończyło.

– Spakuj jakieś ciepłe ubranie, wyruszysz z resztą by się ukryć – mruknąłem, nawet na niego nie patrząc. W tym momencie musiałem myśleć o całym obozie, o tym by ich chronić i nimi dowodzić, tak jak robiłem to przez wiele lat. – Musimy znaleźć leże i je zaatakować, więc nikt nie zostanie by pilnować tego miejsca. Jest ryzyko, że jedna z bestii tu przyjdzie i nie chce by ktokolwiek się tu znajdował. 

Nie czekając na jego odpowiedź, ruszyłem do zbrojowni, która znajdowała się na samym końcu korytarza. Widząc połyskującą stal, różnego typu, poczułem się jak w domu. To właśnie to było moje życie, od kiedy tylko się urodziłem. Odwróciłem się i przez ramię spojrzałem na centaura, który stanął w drzwiach. Rozprostowałem skrzydła i zręcznie zacząłem się uzbrajać. Jednak sztylet, który zawsze znajdował się za paskiem moich spodni wyciągnąłem w stronę Darumy.

– To Prawdomówca. Wiem, że nie umiesz pewnie go używać, ale weź go.

Chłopak niepewnie wziął go w dłonie, oglądając z każdej strony. Mój umysł nagle stał się pusty i myślałem tylko o mojej misji, walce, krwi, wygranej. Cienie zaczęły podrygiwać i przysłoniły światło wpadające przez małe okienko przy suficie.

– Czas zapolować, mój przyjacielu. – uśmiechnąłem się sam do siebie.


<Darumo?>

środa, 2 lutego 2022

Od Hyo CD. Ena

Nieopodal wioski znajdował się las, w nim kłębiły się garstki złodziejaszków. Słyszałem ich szepty, ich serca biły coraz szybciej. Najwyraźniej nie mogli się już doczekać, by napaść na wioskę. Byli moim pierwszym pożywieniem w tej podróży. Dla nich wziąłem swoją podręczną torbę. Zawierała niezbędne przedmioty m.in. woreczki, pojemniki z próbkami, fiolki oraz butelki. Niekiedy używam ich do mieszania i eksperymentowania z krwią. Można też ją sprzedawać, by zarobić. Mnie akurat jest ona potrzebna do przeżycia i wytrwania na słońcu. Wampiry są różne, a podróż daleka. 
Musiałem poruszać się bezszelestnie i niezauważalnie, gdyż nie chciałem wszczynać alarmu, ani ich przegnać. Po kolei zabierałem złodziejaszków. Wysysałem z nich odrobinę krwi, po czym odkładałem już prawie martwych na bok. Później będę mógł zabrać im krew. Jeden za drugim. Było to zbyt proste.. Oczywiście pojawiła się też walka, która skończyła w szybkim tempie. Gdyż usłyszałem niespokojny oddech chłopaka. Musiałem się pośpieszyć. Napełniłem woreczki, próbki, fiolki i butelki krwią. W ich ciałach zostało jeszcze trochę krwi. Wolałem się pożywić i zostawić niż by podejrzewali jakiegoś mieszańca. Nie szukałem problemów. Chociaż może gdybym miał więcej czasu to bym ich wyssał.
Może odnajdą ich wieśniacy albo podróżni i uwierzą, że jakieś dzikie zwierzę ich zabiło i się pożywiło.
Gdy się wszystko udało, wróciłem do chłopaka. Dłonie oblizałem i umyłem w pobliskim strumyku, by nie ubrudzić towarzysza. Wróciłem do naszego pokoju, odłożyłem torbę. Sprawdziłem, czy wszystko dokładnie zamknąłem, by ponownie nic mi się nie wylało. Kolejny niespokojny ruch ze strony chłopaka, spowodował to, że jak najszybciej zbliżyłem się do niego i przytuliłem go do siebie, by czuł się bezpieczny. To pomogło, był już znacznie spokojny.

***

Rano Ena zachowywał się pewnie, ale wyglądał słabo i najpewniej jakby nie to przemoknięcie to czułby się lepiej. Miałem o niego zadbać, a tego nie zrobiłem. Miał gorączkę, kręciło mu się w głowie i się chwiejnie poruszał, ale udawał, że wszystko jest w porządku. Nawet jeśli chciałem go zatrzymać, to się nie dawał. Wolał jak najszybciej dotrzeć do granicy, a potem do Nevady. Jednakże tamtejsze tereny są bardziej nieprzewidywalne.
Tym razem pilnowałem chłopaka, obserwowałem go uważnie i starałem się jakoś mu pomóc, by mu ulżyć. Chciałem mu oddać swój płaszcz, gdyż mi on nie był potrzebny. Nie odczuwałem niczego, dlatego też musiałem pamiętać, że Ena jest żywy i odczuwa zarówno ciepło, jak i zimno i on może się przeziębić, zostać ranny i umrzeć.
Z nieba zaczął padać biały pył. Był to śnieg, przez co się skrzywiłem. Może nie pojawi się już słońce, ale chłód przeniknie przez konie, oraz przez ciało chłopaka. Będzie trzeba jakoś zbliżyć i to zmienić, by on i konie wytrzymały wędrówkę. Mogę nawet uwolnić konia, gdyż po co ma się męczyć. Sam także mogę sobie poradzić. Jednakże lepiej, bym siedział cicho.
Wiatr się wzmagał i mnie zagłuszył.
 - Musimy znaleźć kryjówkę, teraz! - uparłem się.
 - Masz rację. Poszukajmy czegoś jak najszybciej! - rzekł i kiwnął głową.
Ruszył za mną. Musiałem wyszukać jakiejś kryjówki na noc, byśmy mogli się schronić oraz ukryć. Odnalazłem grotę, która była ukryta, w jej wnętrzu było pusto i bezpiecznie. Dlatego też zsiadłem z konia i pociągnąłem za lejce obu koni, by ich poprowadzić. Musiałem też obserwować chłopaka, by nie spadł ani nie zemdlał. Po drodze zabrałam parę ziół oraz wodę źródlaną. Wiedziałem, co muszę zrobić, ale też musiałem zadbać o konie, by miały siłę i ciepło.
Ena zsiadł z konia. Poprowadziłem go, by przysiadł przy kamiennej ścianie groty, podałem mu swój ciepły płaszcz, by się nim okrył. Wprowadziłem głębiej konie, by odpoczęły i się napiły. Rozpaliłem ognisko i zająłem niemalże od razu chłopakiem. Zimne kompresy położyłem ostrożnie na jego czole, gdy się położył blisko ogniska. Siedziałem przy nim i podałem mu ziołową ciepłą wodę, by się jej napił. Znalazłem też jakiś specyfik, który wrzuciłem do torby, od babci. Starałem się zdjąć z niego niektóre warstwy szaty, by miał na dalszą drogę. Ja nie miałem go jak ogrzać, dlatego też zwyczajnie starałem się zmieniać mu co chwilę kompresy, oraz by się ogrzał przy ognisku. Podałem mu wraz z wodą specyfik od babci na przeziębienia. Sam je brałem, gdy ze mną było kiepsko, po dniu albo po dwóch stawiało mnie na nogi. Jednakże to zależy od rasy. Przyłożyłem swoją chłodną dłoń do jego policzka, najwyraźniej ten chłód był dla niego jakąś ulgą, dlatego też przyciągnąłem go do siebie i zwyczajnie przytuliłem, odkryłem nieco chłodnego ciała, by odczuwał ulgę. Tej nocy nasłuchiwałem i obserwowałem, by móc bronić i strzec ważnej dla mnie osoby i naszej wędrówki.
Przypomina mi to sytuację, w której to babcia, mnie tak tuliła, gdy miałem poważną gorączkę. To był wówczas drugi taki raz. Nie da się o tym zapomnieć, gdyż paskudnie przeżycie zostanie zapamiętane. Niepokoiło mnie jedynie, że chłopak się męczy.
 - Mam nadzieje, że specyfik babci ci pomoże i gorączka ci spadnie, może nawet rozgrzeje. Wybacz za ten paskudny smak. - powiedziałem nieco przyciszonym głosem, by tylko on mnie słyszał.

<Ena?>

Od Eny CD. Hyo

Hyo zniknął chwilę później. Wiedziałem, że chłopak na pewno nie będzie miał problemów. Przynajmniej - postara się ich unikać. 
Nie czekałem więc na niego. Otuliłem się kołdrą. Pachniała nieprzyjemnie stęchlizną. Wiedziałem jednak, że nie mam co liczyć na lepsze warunki za taką cenę. Znalezienie noclegu o tej porze graniczyło z niemożliwością, wiec i tak sprzyjało nam szczęście. 
Zasnąłem bardzo szybko, ale całą noc męczyły mnie jednak nieprzyjemne sny. Kręciłem się z boku na bok, próbując choć na chwilę uspokoić myśli. Dopiero, kiedy poczułem obejmujące mnie ramiona, udało mi się w spokoju zmrużyć oczy chociaż na chwilę. 
Rankiem obudziłem się z niemałym bólem głowy. Zakaszlałem kilka razy, jednocześnie dotykając swojego czoła. Gorączka. Westchnąłem ciężko.
Nie byłem słabego zdrowia. Wczorajszy deszcz jednak dzisiaj dał się we znaki. Wyprostowałem się, z trudem łapiąc oddech. Nienawidziłem bycia chorym. Jeszcze teraz! Czekała nas daleka droga, a ja nie mogłem pozwolić sobie na słabości. 
- Wszystko w porządku?
Hyo usiadł obok mnie. Wyglądał na zmartwionego. Wyciągnął dłoń, aby przejechać nią po moim czole i policzkach. Uśmiechnąłem się delikatnie.  
- Jak najbardziej - odpowiedziałem. - To tylko małe przeziębienie. Przebiorę się i możemy ruszać. W torbie zostawiłem kanapki, mógłbyś ich poszukać? 
Hyo od razu wyraził swoją dezaprobatę. 
- Jeśli czujesz się źle, zostańmy. Nie ryzykujmy rozwoju choroby - upierał się. 
- Nie masz się czym martwić - zapewniłem. - Jestem dobrego zdrowia. To szybko przejdzie. 
Jak na złość, właśnie w tym momencie zacząłem głośno kaszleć. To nie wpłynęło na przekonanie chłopaka. Po długich namowach, ostatecznie ruszyliśmy w dalszą podróż. 
Konie w spokojnym tempie pokonywały kolejne kilometry. Poruszaliśmy się znacznie spokojniej niż wczoraj. Głównie ze względu na mój stan zdrowia. Pomimo pulsującego bólu głowy i trudności z oddychaniem, utrzymując wyprostowaną postawę parłem naprzód. 
Na szczęście nie padało. Mimo tego temperatura nie była najwyższa chłód przenikał nas do szpiku kości. Otuliłem się staranniej swoim płaszczem. 
- Daleko jeszcze do granicy? Powinieneś odpocząć.
Hyo dogonił mnie i utrzymał podobną prędkość, aby nasze konie szły obok siebie. 
- Czuję się już lepiej - odparłem pewnie. - Do granicy dotrzemy przed zmierzchem. Przynajmniej tak zakłada nasz pierwotny plan. 
Ciągnąc dalszą rozmowę, droga zaczęła mijać nam znacznie szybciej. Nim się obejrzeliśmy, słońce zaczęło powoli zachodzić, ustępując miejsce rozgwieżdżonemu niebu. 
Niestety, będąc coraz bliżej Nevady pogoda również zaczynała wdawać się we znaki. Szaleńczy wiatr motał nami we wszystkie strony. Konie mimowolnie musiały zwolnić. Zaczął sypać śnieg. 
Z trudem pokonywaliśmy kolejne metry. Przez świszczący wiatr i sypiące w oczy białe płatki ledwo słyszałem głos Hyo. 
- Co mówiłeś?! - zawołałem w jego kierunku. Wampir musiał zbliżyć się na niewielką odległość i podnieść głos, żebym był w stanie usłyszeć, co mówi. 
- Musimy znaleźć kryjówkę, teraz! - upierał się. A ja nie miałem sił się kłócić. Kiwnąłem głową. 
- Masz rację. Poszukajmy czegoś jak najszybciej!
Pociągnąłem za lejce i skierowałem konia, aby ruszył za Hyo. 

<Hyo?>

wtorek, 1 lutego 2022

Od Bastiana CD. Maebh

Wieczór nastaje szybko, słońce chowa się za horyzontem, a ta charakterystyczna, pomarańczowa łuna, znika w ledwie parę chwil, topiąc świat w pogłębiającej się szarości. Noc przychodzi chłodna, może dla ludzi spoza Azebergu wręcz zimna, a chmury zasnuwają gwiazdy i księżyc sprawiając, że ciemność otula każdy kąt.
Śpię jak kłoda - i to pomimo tego, że łóżko jest trochę za małe. Ogon zwisa gdzieś bokiem, skrzydła spływają ku podłodze - widać kręciłem się przez sen, bo gdy się kładłem, wciąż grzecznie leżały na materacu. Na szczęście nie rysuję rogami ramy łóżka, jeszcze tego tylko by mi brakowało.
Maebh śpi łóżko obok. Początkowe obawy, jak to będzie - w pokoju z dziewczyną - zastępuje jakiś rodzaj odprężenia, bo przecież nie jestem w pokoju z dziewczyną, tylko z Maebh. Widać te łaskotki działają jak lodołamacz i nie czuję się już aż tak bardzo skrępowany.
Śnię o tym, o czym śnię zazwyczaj. W mych marzeniach pełno jest latania, pojawiają się kłębiaste chmury, jakieś latające stwory, może trochę walki, ale za to zero fabuły. Ruszam skrzydłem przez sen, ściągam sobie kołdrę z nóg, ale się nie budzę. Chłód mi nie przeszkadza. Widać smocza krew robi swoje.


Dzień wstaje równie chłodny, gdy wychodzimy z Maebh z karczmy, a nasze oddechy zmieniają się w obłoczki pary. Tu i tam leżą resztki śniegu - trochę napadało, trochę wczoraj stopniało, trochę też i ludzie odgarnęli. Śnieg miesza się z błotem, ciemne pryzmy znaczą miejsca, gdzie chodzą przechodnie, gdzie jeżdżą wyładowane wozy i coś się dzieje. Jednak nas nie interesuje to małe miasteczko, czy może bardziej wioska. Jesteśmy spakowani, gotowi do drogi, a nasz wzrok utkwiony jest w odległym paśmie gór.
Idziemy kawałek poza miasteczko, droga przestaje być już tak wygodna i przejezdna. Tu już nikt nie odgarnia śniegu, musimy jakoś sobie radzić. Góry zdają się bliższe, nieco bardziej niedostępne i majestatyczne - teraz, gdy nie osłaniają ich kalenice budynków ani dym unoszący się z kominów, tylko mroźne, zimowe powietrze dzieli nas od celu naszej misji.
Pojawia się Libre - demon parska nieco na leniwie padający śnieg, rozkłada pierzaste skrzydła i macha nimi kilka razy na próbę, wzbijając wokół nas kłęby sypkiego śniegu. Wstrząsa grzywą, zaś jego fantazyjnie zawinięte rogi lśnią nierzeczywistym światłem.
Maebh siodła demona, z wprawą dociąga popręg, sprawdza długość strzemion. Czeka nas jednak kawałek drogi, wszystko musi być przygotowane i sprawdzone - ani jej nie może być niewygodnie, ani Libre nie może skończyć z obtartym grzbietem. Gdy wszystko jest już sprawdzone, Maebh wskakuje na siodło.
— Gotowa? — pytam rzeczowo.
— Gotowa — potwierdza.
A następnie oboje odbijamy się od ziemi i wznosimy w przestworza.
Zawsze lubiłem to uczucie, gdy w końcu dotrze się na ustaloną wysokość i można szybować - gdy nie czuć już przeciążeń spowodowanych nabieraniem wysokości, gdy nie ma żadnych zmian związanych z silnym wiatrem lub koniecznością omijania nisko lecących chmur. Przez długi czas po prostu lecimy, mroźne powietrze wypełnia moje skrzydła, gładko opływa wyciągnięty ogon. Gdzieś w dole przepływa krajobraz - niemal jednolicie biały, upstrzony rozległymi plamami nieregularnych lasów, przecięty nielicznymi nitkami dróg. Pod śniegiem kryją się pola, śpiące i czekające wiosny, kryją się też rozrzucone gdzieś dalej pojedyncze chałupy. Ale wkrótce ostatnie ślady bytności człowieka znikają, pozostaje już tylko nietknięta, niczym niezmącona natura.
Góry zbliżają się dużo szybciej, niż gdybyśmy podróżowali na grzbietach nawet najbardziej rączych rumaków. Powietrze się zmienia, traci resztki łagodności i teraz czuję, jak płuca wypełnia mi krystaliczny zapach śnieżnych chmur i granitowego zimna. Coraz bliżej i bliżej, poszarpane szczyty wypełniają cały widok. I o ile wcześniej stanowiły jedynie przytłaczający masyw zajmujący cały horyzont, o tyle teraz widzę coraz więcej i więcej szczegółów - pomniejsze szczyty, osuwiska, gdzieś zieje ciemność ukrytej jaskini.
W końcu docieramy do samych gór - lądujemy na jednej z półek skalnych, a górski wiatr szarpie naszymi płaszczami. Odpinam plecak, zdejmuję go i stawiam w śniegu.
— Sprawdzę na mapie, gdzie powinniśmy teraz iść — krzyczę, starając się, by moje słowa dotarły do Maebh.
Dziewczyna kiwa głową, widać usłyszała mnie, mimo tej dzikiej wichury. Sięgam dłonią do plecaka, zaciskam palce na złożonym kawałku pergaminu.

niedziela, 30 stycznia 2022

Od Eny CD. Hiromaru

Miałem pełne ręce roboty. Z podwiniętymi wysoko rękawami zajmowałem się odgruzowywaniem. Rozrzucałem niepotrzebne materiały na odpowiednie podgrupy. 
Mniej więcej w czasie południa, kiedy słońce znajdowało się wysoko na widnokręgu, podniosłem się ze zgarbionej pozycji, aby wyprostować plecy. Otarłem pot z czoła, rozglądając się po zapracowanych wieśniakach. Wtedy dostrzegłem zbliżającą się do mnie znajomą postać. Był to Hiromaru. Po krótkim przywitaniu chłopak wyjaśnił mi powód swojego przybycia. Ucieszyłem się, kiedy usłyszałem, że chłopak chce pomóc przy odbudowie wioski. Dodatkowa para rąk do pracy na pewno przyśpieszy naprawę. 
Zgodnie z moją sugestią Hiromaru udał się na rozmowę z przywódcą wioski. Odprowadziłem go przez chwilę wzrokiem, a następnie, po ów krótkiej przerwie wróciłem do dalszej pracy. 
Włosy plątały mi się na wietrze. Nawet związane w kucyka. Z cichym pomrukiem nieudolnie spiąłem je trochę wyżej, w kok. Chwila rozproszenia sprawiła, że zwróciłem uwagę małe poruszenie w pobliżu. Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Z obawą, że zdarzył się wypadek albo nawet wilki wróciły po zemstę, zacisnąłem dłoń na rękojeści miecza i sprawnym krokiem podszedłem do miejsca zdarzenia. 
Moje zmartwione myśli zostały rozwiane niedługo później. Głosy mieszkańców wioski były pełne ekscytacji. Puściłem więc broń i w trochę lepszym humorze stanąłem w pobliżu grupki, aby móc przyjrzeć się obiektowi ich zainteresowania. 
W jednym z prawie zawalonym budynku stał Hiromaru. Współpracując ze swoim demonem, przy pomocy wody sprawnie przecinał wysoko umieszczoną belkę. Mieszkańcy małej wioski z niemałym podekscytowaniem wyrażali swój podziw. Ja również przez chwilę nie potrafiłem oderwać wzroku od płynnych cięć. 
Zawsze szanowałem osoby potrafiące posługiwać się magią. Moje umiejętności opierały się jedynie na prostych tarczach. Nie byłem szczególnie uzdolniony pod tym względem. Sztuka miecza towarzyszyła mi od dziecka. Stanowiła część mojej codzienności. Żaden z moich nauczycieli nie kiwnął nawet palcem, żeby nawet próbować nauczyć mnie używania czarów. Może w przyszłości powinienem skupić się na rozwijaniu pod tym aspektem? W walce im więcej asów w rękawie, tym lepiej. 
Hiromaru bez dłuższego poślizgu, w mgnieniu oka dokończył przecinanie belki. Tym samym grupka rozeszła się. Odczekałem, aż trochę się przeludni. 
- Dobra robota! - rzuciłem w stronę Hiromaru. Kiedy zwrócił na mnie swoją uwagę, uśmiechnąłem się szeroko. 
Kolejno pomogłem mu wyjąć belkę z budynku. Właściwie nieść ją musiał z nami jeszcze jeden z mieszkańców. Inaczej byłaby dla nas zdecydowanie za ciężka. 
Po krótkiej rozmowie wróciliśmy do swoich prac. Przed wieczorem udało nam się uprzątnąć wszystkie zbędne rzeczy. Oznaczało to, że już jutro będziemy mogli zająć się gromadzeniem rzeczy na obudowę. Ostatnią godzinę na budowie spędziłem na pomocy przy wyliczaniu niezbędnych materiałów. 
Z informacji uzyskanej od przywódcy wioski dowiedziałem się, że miasto zrekompensuje poniesione w pożarze straty. Należało jednak złożyć odpowiedni wniosek z dokładną ilością potrzebnych przedmiotów. Od desek po narzędzia.
Z pomocą Hiromaru, który również już skończył część swojej pracy, wspólnie zajęliśmy się obliczeniami. Wieśniacy nie byli w stanie zrobić tego sami. Sprawa ta wykraczała poza ich umiejętności. 
Zajęło nam to dosyć długo. Zliczyliśmy ilość domów, spisaliśmy ile mniej więcej desek będzie niezbędnych do odbudowy oraz potrzebnych środków do życia. Część zapasów uległa zniszczeniu. Nieubłagana zima nigdy nie jest łaskawa. Mieszkańcy wioski musieli jak najszybciej dodać zboże, mięso, pieczywo i inne ważne produkty do spożycia.
Wieczorem nie zorganizowano tak pokaźniej uczty, jak ostatnio. Postawiono jednak na duże ognisko. Na długich kijach opiekaliśmy chleb i mięso. Zapach spalenizny roznosił się po okolicy. 
Usiadłem w pobliżu Hiromaru. Popijaliśmy ciepłą herbatę. Dzisiaj nie popełniłem podobnego błędu i nie sięgnąłem automatycznie po niedobre piwo. Z ostrożnością dobrałem napój, zabierając drugi kubek dla chłopaka. Obydwaj ciężko pracowaliśmy przez cały dzień. Wkładaliśmy w odbudowę naprawdę wiele wysiłku. 
Po jakimś czasie dosiadła się do nas znajoma dziewczyna. Ta, która wczoraj próbowała ratować krowę, zamiast siebie. Jej włosy były związane wysoko i niedbale, a ubranie grube, w niektórych miejscach  pocerowane lub dziurawe. Na ten widok poczułem jeszcze większe poczucie winy. Mieszkający tutaj ludzie mieli naprawdę niewiele, a przez moje niedopatrzenie, stracili prawie cały swój dobytek. 
Pochłonęła nas rozmowa. Trwała ona w najlepsze do czasu, kiedy na niebie pojawiły się gwiazdy. Tocząc konwersację, wpatrywałem się w przepiękny widok nad naszymi głowami. 
- Poczekajcie chwilę, pójdę dolać herbaty - rzuciła dziewczyna, zbierając nasze kubki i wesołym krokiem oddalając się w stronę garnka. 
- Nie musisz się kłopotać! - zawołałem w jej kierunku, ale zostałem zignorowany. Uśmiechając się lekko niezręcznie, odprowadziłem ją wzrokiem. 
Nagle rozległ się krzyk. Na jego dźwięk zerwałem się z miejsca. Chwyciłem za broń, w kilku szybkich susach dobiegając do przestraszonej dziewczyny. Automatycznie zasłoniłem ją swoim ciałem, oczekując możliwego ataku. 
Nic nie nadeszło. Opuściłem gardę, aby przyjrzeć się temu, czego przestraszyła się dziewczyna. Dopiero po chwili dostrzegłem coś skulone w krzakach. Z pewną rezerwą podszedłem bliżej, aby przyjrzeć się nieznanemu obiektowi. 
Rozpoznałem wilcze szczenię. Z małym niedowierzaniem spoglądałem na przestraszone zwierzątko. Nie tylko ja zdałem sobie sprawę, z czym mamy do czynienia. Niedługo później wieśniacy zaczęli się burzyć i przeklinać. 
- Pozbądźmy się tego, póki nie wyrosło!
- Tak, szybko!
Widząc żałośnie skulonego zwierzaka, poczułem smutek. To było tylko szczenię. Może członkowie jego watahy przysporzyli mieszkańcom problemów, ale sam wilczek był niewinny. 
Niewiele myśląc, pomimo sprzeciwów, podniosłem stworzonko na ręce. Wilczek wtulił się w zagięcia moich szat. Musiał być wyczerpany, głody i zmarznięty. Nie mogłem pozwolić, aby jego cierpienia trwały dłużej. Na tę chwilę jeszcze nie wiedziałem, co powinienem z nim zrobić. 
Nigdy nie zajmowałem się zwierzętami. Jedynie końmi. Z tego powodu w głowie miałem pustkę. Wiedziałem jednak, że nie mogłem pozwolić, aby stała mu się krzywda. Szukając porady, spojrzałem w stronę Hiromaru. Należał do Sarlok. Miałem nadzieję, że chłopak posiada jakiekolwiek zdolności opiekowania się zwierzętami. 

<Hiromaru?> 

czwartek, 27 stycznia 2022

Od Maebh CD Bastiana


Z początku był nieco zdziwiony moim pytaniem, szczególnie że chodziło właśnie o skrzydła. Przez chwilę nie byłam pewna, jak na to odpowie, bo niektórzy różnie reagowali na naruszanie ich jednak przestrzeni osobistej. Chociaż sama nigdy nie miałam problemów z tym, aby ktoś dotykał moich rogów. Mimo wszystko nie robiły aż takiego wrażenia jak skrzydła, nie rzucały się w oczy, a schowane pod czapką czy chustą były niekiedy wręcz niezauważalne, zwłaszcza przy takiej burzy włosów, jaką miałam. Wystarczyło dobre upięcie, trochę kombinowania i wyglądałam jak najzwyklejszy człowiek. Gdy chłopak zgodził się, żebym mogła ich dotknąć, określenie że byłam wniebowzięta byłoby wielkim niedopowiedzeniem w tamtym momencie. Bastian zbliżył się i rozłożył jedno ze skrzydeł. Z lekką dozą niepewności położyłam na nim dłoń i opuszkami badałam każdy centymetr. Niektóre części były twarde, zwłaszcza te, gdzie znajdowały się kości, a niektóre wręcz przeciwnie. Sama skóra skrzydeł była gorąca, przyjemnie ciepła, aż miało się ochotę zawinąć tym skrzydłem niczym kocykiem w chłodny, zimowy wieczór. Przez chwilę miałam nawet chęć to zrobić, ale byłoby to dosyć dziwne, zwłaszcza, że dopiero się poznaliśmy, tak więc szybko stłumiłam tę myśl w zarodku. Do pełni szczęścia brakowało tylko tego, żeby było równie miękkie i puszyste, co kocyk. No, ale jak to mówią, nie można mieć wszystkiego. Skrzydło, jego budowa i wygląd było dla mnie niczym dzieło sztuki. Z daleka dostrzegasz tylko całokształt, jednolitą masę. Ale gdy się zbliżysz, przyjrzysz, zauważysz każdy drobny element, który składa się na tę całość. Ten każdy drobny element, pojedyncza łuska, drobna żyła, robiły wrażenie również jako ważna jednostka. Mogłoby się wydawać śmieszne, wręcz głupie jak ktoś może zachwycać się zwykłym, smoczym skrzydłem. No ale nie potrafiłam nic na to poradzić. Kto wie, może to była moja pierwsza i zarówno ostatnia okazja, że spotkałam Dragonborna, który pozwolił mi dotknąć swoich skrzydeł. Dlatego nie zamierzałam zaprzepaścić tej okazji. Sama poniekąd zazdrościłam, że nie dostałam skrzydeł od Libre. Co prawda jego różnią się od tych Bastiana, są delikatniejsze, pierzaste, białe, trochę popielate. Bardziej przypominały skrzydła anioła, i gdybym je miała zamiast rogów, ktoś mógłby mnie z jednym pomylić. Nie mogłam jednak narzekać, rogi były o wiele mniej kłopotliwe, a możliwość latania miałam bez względu na nie.
Cały “proces” przebiegał w ciszy. Żadne z naszej dwójki nie odważyło się odezwać słowem do siebie. Na szczęście byłam tak pochłonięta swoimi myślami podczas tego, że nie zwracałam na to zbytniej uwagi. Jednak w pewnym momencie, kątem oka zauważyłam, jak chłopak dziwnie się zachowuje. Raz wstrzymywał oddech, niekiedy zastygał całym ciałem. Źle się czuł? Może coś go wzięło po tamtym posiłku? W mojej głowie zaczęły nawarstwiać się pytania, ale nie trwało to długo, kiedy moje wątpliwości zostały rozwiane. Chwilę później chłopak wybuchnął śmiechem. Co jak co, ale tego raczej się nie spodziewałam. Zaskoczona cofnęłam dłoń, niepewna, co mam dalej robić.
- Przepraszam - powiedział, gdy już się nieco uspokoił. - Po prostu mam łaskotki.
Łaskotki na skrzydłach? To chyba dosyć nietypowe miejsce na posiadanie łaskotek. Przygryzłam dolną wargę, żeby się nie zaśmiać. W głowie miałam już szatański plan, jak wykorzystać ten fakt w przyszłości, ale było jeszcze na to za wcześnie, o wiele za wcześnie jak na naszą krótką znajomość. Uśmiechnęłam się, zakładając ręce na piersi.
- Nie spodziewałam się, że można mieć łaskotki w takim miejscu - odparłam, unosząc delikatnie na niego wzrok. - Mogłeś mnie uprzedzić, wtedy bym cię nie torturowała - parsknęłam, przechylając delikatnie głowę.
- Gdybym był jeszcze ich świadom, to owszem - powiedział, składając już skrzydło. Był chyba tym obrotem spraw równie zaskoczony, co ja.
- A więc, nie ma za co? - zaśmiałam się, delikatnie uderzając jego ramię pięścią.
Takie wkraczanie w naszą “sferę prywatną” na początku znajomości bywa często dosyć oporne. Budzi wątpliwość, czy druga strona na pewno nie ma nic przeciwko dotykaniu jej, ale jak pokona się już ten próg, to potem leci z górki i cała relacja staje się o wiele luźniejsza, przynajmniej dla mnie.

<Bastian?>
Szablon
Pandzika
Kernow