Tablica

Nadeszła zima, jakiej nawet nasi dziadkowie nie widzieli. Zapasy powoli się kończą, państwa patrzą na siebie coraz bardziej podejrzanym wzrokiem. Uczniowie muszą siedzieć w zimnych i rzadko ogrzewanych pokojach, bo akademię robią wszystko by nie zamknąć swych wrót przez brak pieniędzy. Ludzie w miastach wspierają się jak tylko mogą, jednak nawet to nie pomaga w wyżywieniu rodziny. Wcześniej ludzie nie zwracali uwagi na dziwne zachowanie zwierząt, jednak być może był to zwiastun czegoś nowego? Może ptaki przestały migrować, a stworzenia leśne zbierać zapasów na zimę z powodu jakieś większej sprawy? Pomimo ciężkich warunków, zimy i głodu, niektórzy chcą znaleźć przyczynę całego tego chaosu i szaleństwa. Próbują dotrzeć do miejsca, w które zdaje się, idą wszystkie magiczne stworzenia zamieszkujące nasz świat. Czy jednak jest to bezpieczne?

poniedziałek, 28 lutego 2022

Od Hyo CD. Ena

Dostrzegłem, jak Ena stara się ukrywać swój stan, jednakże coraz bardziej się mu to wyślizgiwało między palcami. 
 - Stop! Nigdzie nie idziesz. Zostajesz tutaj. Odpocznij. Inaczej będziesz ciężarem na dalszą drogę. - rzekłem chłodno. Może to źle zabrzmiało. Chociaż nie chciałem tego powiedzieć. On inaczej, by się nie posłuchał. Dalej, by udawał, że wszystko jest dobrze, że nie czuje się chory i zmęczony. Odłożyłem wszystkie bagaże. Otuliłem chłopaka ciepłem. Zacząłem nawet przyrządzać mu coś do jedzenia. Czułem na sobie jego spojrzenie, to jak mnie przenika. Po czym zwyczajnie wstałem i zabrałem kilka rzeczy, które zabrałem ze sobą na wszelki wypadek. Im szybciej odnajdziemy wyjście, tym szybciej przemkniemy przez mróz.
 - Nigdzie się nie oddalaj. Siedź, jedź i odpoczywaj. - powiedziałem łagodnie. Wstałem i ruszyłem przed siebie, jednakże na krótką chwilę znalazłem się za chłopakiem. Blisko jego ucha.
 - Bądź grzecznym chłopcem. Inaczej czeka cię kara. - nie umknęło mojej uwadze, jak przechodzi go dreszcz i się spiął.
Oczywiście nie chciałem mu nic złego zrobić, a może chciałem.
Zacząłem po kolei oznaczać drogę. Schodziło mi się to sprawnie i szybko. W pewnym jednak momencie się zatrzymałem i dotknąłem dłonią ściany. Wydawało mi się, jakby coś za nią było. Jakby było tam pomieszczenie. Ta cała kopalnia była jak labirynt z tajemnicami. Może ktoś chciał tu coś ukryć. Jest też inna opcja. Mogło ich tu coś zaatakować albo się zawaliła. Po drodze napotkałem kości. Niemalże proch.
Ostrożnie starałem się znaleźć jakiś sposób na przejście tego tajemniczego przejścia. Nic takiego jednak nie znalazłem. Podpowiadało, że znajdę inny sposób. Oczywiście magia mogła to utrudnić, a że ja już nie miałem magii w zapasie. Musiałem poradzić sobie w inny sposób.
Odetchnąłem, po czym użyłem pięści do utorowania sobie drogi. Kilka razy, uderzałem, aż do krwi. Jednakże od razu się zagoiły rany. Torowałem sobie drogę, a co za tym szło więcej krwi i gojenia. W końcu po kilku dłuższych próbach w końcu się udało. Zdziwiło mnie jednak, że zamiast jakiegoś tajemniczego pomieszczenia, pełnego sekretów. Znalazłem schody. Chciałem nimi ruszyć, ale zatrzymałem się, usłyszałem coś. Tak jakby jakaś postać albo zwierzę pędziło w stronę Eny. Musiałem szybko działać, nie było czasu.
Wróciłem szybko po bagaże i ułożyłem na schodach. Gdy wszystko zabrałem, wystarczyło tylko wrócić po śpiącego chłopaka. O dziwo się nie obudził. Gdy wróciłem, nie spał, ale wydawał się inny. Cofnąłem się i obnażyłem kły. Pazury się wydłużyły, po czym szukałem dogodnego momentu na atak.
Jeszcze dziwniejsze było to, że poczułem dotyk i ciężar na plecach. Po czym coś mnie wciągnęło w ciemną wnękę. Chciałem zobaczyć kto to, ale usłyszałem jedynie głos Eny. Ciężki i drżący. Jakby chciał powiedzieć, że chce już stąd się wydostać. Nie słyszałem jego słów. 
Odwróciłem się, by na niego spojrzeć, był ranny, a dokładniej jego szata miała na sobie zapach krwi. Nie czekałem długo, gdyż jak opętany zaatakowałem napastników. 

***

Szczerze to po amoku, dopiero gdy ktoś mnie zaczął odciągać. Wówczas oprzytomniałem. Z przyzwyczajenia oblizałem kły i palce po zadanych ciosach. Spojrzałem na chłopaka po czym, zacząłem dotykać jego ciała, dokładnie je badałem, by znaleźć jakąś ranę albo cokolwiek. Niczego jednak nie było.
 - Słuchaj, jak do ciebie mówię. Nic mi nie zrobili, to była ich krew. Udało mi się odskoczyć. - rzekł. Najwyraźniej chciał coś dodać, ale stanął obok mnie, by się przyjrzeć poszarpanym zwłokom.
 - Znalazłem schody, na powierzchnię chyba.. Powiedź, co się tu wydarzyło, gdy mnie nie było ? - waśniłem i zadałem pytanie, by wiedzieć, co się tu stało. Słyszałem, ale byłem zbyt zajęty robieniem przejścia, by móc tu wrócić wcześniej.

<Ena?>

Od Eny CD. Hyo

Wieść na śmierć jednego z koni przygnębiła mnie. Dbaliśmy o rumaki przez całą drogę, zdążyłem się do nich przywiązać. Ogier nie powinien zginąć w taki sposób, tak szybko. Po krótkiej chwili milczenia, Hyo zaczął przekazywać mi znacznie lepsze wieści. 
Ucieszyłem się na informację na temat istnienia drugiego wyjścia z jaskini-pułapki. Hyo pomógł mi się spakować i wspólnie ruszyliśmy w dalszą drogę. Skierowaliśmy się w stronę wąskiego korytarza, który przegapiliśmy w pośpiechu. 
Przejście przez niego nie było proste. Ja i Hyo przecisnęliśmy się bez większego problemu, jednak koń miał z tym niemały kłopot. Musieliśmy ściągnąć z niego bagaże, które pozostawiliśmy w jaskini. Rumak został przez nas przepchnięty na zewnątrz. Tam przywiązałem go do pobliskiego drzewa i przykryłem derką, aby nie zmarzł. 
Z Hyo u boku wróciliśmy do jaskini po nasze rzeczy. 
- Mogłeś zostać, poradziłbym sobie - narzekał wampir, kiedy nie udało mu się przekonać mnie do pozostania z koniem. 
- Mamy do zabrania trochę rzeczy, tak będzie szybciej - upierałem się. Wewnątrz groty zarzuciłem na siebie torbę i kilka mniejszych pakunków. Hyo zabrał resztę naszych bagaży. 
Przechodziliśmy wzdłuż wąskiego korytarza, kiedy usłyszałem dziwny dźwięk. Zatrzymałem się natychmiast, aby nasłuchiwać. 
- Hyo, uważaj! - zawołałem w jego kierunku, kiedy nagle grunt pod naszymi nogami się zarwał. 
Spadaliśmy w dół przez kilka sekund. Pomimo choroby i złego samopoczucia, wpajane przez lata umiejętności walk pozwoliły mi wylądować bezpiecznie i lekko. 
- Ena, wszystko w porządku?!
Za moimi plecami rozbrzmiał zmartwiony głos Hyo. 
- Bez obaw, nic mi nie jest - zapewniłem, otrzepując się z kurzu, który osadził się na mnie wraz z upadkiem. - Masz pomysł, gdzie jesteśmy? 
Nim nadeszła odpowiedź, młody wampir rozpalił pochodnie. Ciepły płomień oświetlił wnętrze groty, do której wpadliśmy. Była ogromna, znacznie większa od tej, w której spędziliśmy noc. 
Hyo przejechał pochodnią wzdłuż ściany. Miała dziwny, jasny kolor. Podszedłem bliżej i dotknąłem zimnego kamienia. Przesunąłem po nim palcami, aby chwilę później przysunąć dłoń do twarzy. 
- To sól - oceniłem po spróbowaniu substancji. Rozejrzałem się wokoło. - Jeśli się nie mylę, znajdujemy się w opuszczonym korytarzu kopalnianym. Wskazywałyby na to równo wyrzeźbione ściany oraz tamte tunele.
- Niesamowite miejsce - przyznał Hyo, powoli przechodząc wzdłuż jaskini. 
Przytaknąłem. W blasku pochodni widziałem dokładnie wykute pozostałości po bryłach soli. Część ładunku została nawet nie zabrana, a jedynie leżała porozrzucana niedbale po ziemi. Podobnie porzucone narzędzia znajdowały się na całej długości podłoża.
- To dziwne - przyznałem. - Zdaje się, że opuszczano to miejsce w pośpiechu. Złoża nie są do końca wydobyte, a wszystkie rzeczy porozrzucane. 
- To prawda. Wszystko wydaje się być zbyt podejrzane - stwierdził młody wampir. W milczeniu pokonaliśmy niewielką odległość w kierunku szerokiego tunelu. Wionął z niego chłodny, orzeźwiający podmuch. 
- Wydaje się, że wiedzie ku górze - odparł Hyo, zaglądając do niego. 
- Mam taką nadzieję. Wynośmy się stąd jak najszybciej. Nie podoba mi się tutaj. 
Czułem zmęczenie. Błądzenie po ciemnych korytarzach stało się monotonne, a nawet trochę niepokojące. Labirynt mrocznych tras plątał się - raz szliśmy w górę, drugim razem w dół. Straciłem rachubę, w którym kierunku idziemy. 
Po kilku minutach marszu doszliśmy do większej groty.  Po szybkim rozejrzeniu się, doszliśmy do potwornych wniosków. 
- Wróciliśmy do tej jaskini, do której wpadliśmy - powiedziałem zniechęcony. - Chyba się zgubiliśmy. 
Spojrzałem w górę. Nie było mowy o powrocie tą samą drogą. Cały sufit spowijał mrok, nie potrafiłem nawet określić, gdzie znajduje się dziura. Pozostało nam dalej kontynuować błądzenie po tunelach z nadzieją na odnalezienie wyjścia.

<Hyo?>

sobota, 26 lutego 2022

Od Bastiana CD. Maebh

Kiwam głową.
— Tak, ruszamy.
Nasze kroki dźwięczą dziwnie pusto w opresyjnej ciemności ciągnących się w dół stopni. Stopnie są wąskie, kamienne, śliskie wszechobecną wilgocią. Skręcają, skręt jest jednak na tyle niewielki, że tego nawet nie widać. Tylko gdzieś z tyłu głowy jest to mdlące uczucie, że idzie się nie do końca prosto, że coś jest nie tak, że zaraz poleci się w dół. Przykładam dłoń do ściany, instynktownie wysunięte szpony cicho szurają, drapiąc kamień.
— W porządku? — pytam idącej obok Maebh.
— Na razie - tak.
Od ciągłego schodzenia w dół może zacząć kręcić się w głowie.
Jednak nim faktycznie cokolwiek się dzieje, schody się kończą, my zaś stajemy na krawędzi przepaści.
Nad przepaścią wisi rachityczny, stary mostek - drewniane deski butwieją, wciąż mokre od wszechobecnej wilgoci, zaś niegdyś mocne liny, trzeszczą i zawodzą na niewyczuwalnym wietrze. Mostek wygląda tak solidnie, że jestem przekonany, że byłbym w stanie zarwać go jednym tupnięciem. Nawet takim niezbyt mocnym.
— Dobrze, że oboje potrafimy latać — mówię, rozkładając nieco skrzydła, przygotowując się do lotu.
Jednak Maebh chwyta mnie za bark, podchodzi nieco bliżej do krawędzi, ostrożnie unosi latarnię. Jej światło pada dalej, sięga przeciwległego końca rozpadliny.
— Widzisz tam cokolwiek?
Wytężam wzrok, smocze oczy łatwo przebijają mrok.
— Właśnie… nie — przyznaję zaskoczony, marszcząc brwi.
— To dokąd ta kładka prowadzi? Kończy się litą ścianą? Czy coś mi umyka?
Przechodzę kawałek wzdłuż rozpadliny, staram się zmienić perspektywę - może wtedy zobaczę coś więcej. Ale nie, nie widać tam niczego. Żadnego ukrytego, wąskiego przesmyku, niczego podobnego. Z mojej piersi wyrywa się pełne konsternacji „hmm".
— Po co byłaby kładka prowadząca do nikąd? — pytam, nie spodziewając się odpowiedzi.
Maebh zastanawia się przez chwilę. Potem zaś zbiera z ziemi garść kamieni i ciska nimi w kładkę. Ostatnio ciśnięcie garścią żwiru dało piorunujący efekt, czemu więc nie powtórzyć manewru?
I tym razem jest tak samo - gdy tylko kamienie sięgają kładki, z głębi rozpadliny rozlega się przedziwne, świszczące wycie. Porywisty wiatr, niczym dzikie zwierzę, wypada z trzewi ziemi, targa rachitycznym mostkiem. Odsuwam się od krawędzi, instynktownie odciągam Maebh jeszcze dalej, znów osłaniam ją skrzydłem. Po chwili wiatr cichnie, a jedyne, co po nim pozostaje, to coraz słabsze skrzypienie wciąż kołyszącego się mostu.
— Zwieje nas w okamgnieniu — mówi Maebh, zaciska usta w bezsilności.
Kiwam głową. Muszę przyznać jej rację. Wiatr jest obłąkany, silny niczym tornado. Jeśli którekolwiek z nas znajdzie się w jego mocy, nie poradzi sobie - żywioł ciśnie każdym z nas jak szmacianą kukłą, a wokół były tylko ostre, kamienne ściany.
Znów podchodzę do krawędzi, staram się wzrokiem przebić zalegajacy na dnie rozpadliny mrok. Coś musi być w tym miejscu, musi dać się je jakoś ominąć i przejść dalej.
— Niech zgadnę, na mapie nie ma żadnych wskazówek? — pyta bez przekonania Maebh.
Kręcę głową.
— Nic nam nie zostawili. Musimy radzić sobie sami.
W tym momencie coś przykuwa moją uwagę - tuż przy krawędzi widzę…
— Czy tam są stopnie? — pytam, zaś Maebh podchodzi bliżej i też ostrożnie zerka w dół, przyświecając sobie latarnią.
— Na to wygląda — mówi. — Wygląda na to, że ta kładka to pułapka. Dobra droga prowadzi w dół, tylko… — Dziewczyna urywa, marszczy brwi. — Musimy się trzymać samej ściany. Widziałeś, co się stało, gdy rzuciłam kamieniami? Jeśli ten sam wiatr zacznie znowu wiać, kiedy będziemy schodzić po tych stopniach, to po nas…
— Trochę nie mamy wyboru. — Wzdycham, zerkając znów w dół. — Przecież nie zawrócimy teraz, prawda?
— Nie zawrócimy. — Maebh bierze głęboki wdech. — Dobrze. W takim razie ruszajmy.

Od Neriny CD. Hiromaru

W czasie, gdy Hiromaru zajął się naukowcami, moja skóra stała się sucha. Mój ogon przemienił się w nogi, a moje łuski na ciele zniknęły, tak samo jak skrzela. Moje ciało owiał zimny wiatr, więc zaczęłam się ubierać, jak najszybciej tylko potrafię, aby się nie zaziębić. 
— Nerina? — zawołał głośno Hiromaru, nie odwracając się w moją stronę. — Wszystko w porządku? Mogę ci jakoś pomóc?
— Tak, wszystko w jak najlepszym porządku — powiedziałam, ubierając buty. — Możesz się już obrócić.
Hiromaru wykonał moje przyzwolenie. 
— Powinniśmy iść za naukowcami? — zapytałam.
— Pewnie tak, nie odeszli raczej jakoś daleko — odpowiedział chłopak. 
— Będą mieli cię za bohatera. — Uśmiechnęłam się.
— Będą mieli NAS za bohaterów jak już.
— Ale najbardziej powinny wielbić ciebie i twojego wspaniałego demona — powiedziałam. — Ja niezbyt się spisałam, skoro sama w pewnym momencie potrzebowałam pomocy. Naprawdę ci dziękuję, że mnie nie zostawiłeś samej.
— Nie mogłem cię zostawić, ponieważ razem wykonywaliśmy tą misję i razem powinniśmy wrócić. Jeśli którekolwiek ma dostać sławę, to musimy być to my oboje.
Pokiwałam głową, uśmiechając się szeroko i przybliżyłam się do Hiromaru, aby go mocno przytulić. Chłopak wyglądał początkowo na zaskoczonego, jakby nie wiedząc, jak ma zareagować, jednak po dłuższej chwili sam mnie mocno objął. 
— Mogę podziękować też Isie? — zapytałam.
— Jasne — powiedział, a ja delikatnie się odsunęłam. 
Wzięłam Ise na ręce. Był taki malutki i drobniutki, a jednak tak bardzo kochany. Ucałowałam delikatnie jego malutką główkę. Demon wydawał się tym być ucieszony.
Po tym wszystkim, poszliśmy w kierunku, gdzie udali się naukowcy. 
Szczerze? Trochę oczekiwałam sławy, podziękować i innych związanych z tym rzeczy. Potrzebowałam tego, aby ktoś mnie wielbił, chociaż tak naprawdę uważałam, że zrobiłam bardzo mało. To głównie Hiromaru odwalił całą robotę wraz ze swoim demonem. 
— Dziękujemy wam, nasi bohaterowie — podziękowali naukowcy. — Co możemy w zamian dla was zrobić? 

<Hiromaru?>

piątek, 25 lutego 2022

Od Hiromaru cd. Neriny

Obiektywnie patrząc nie minęło wiele czasu od momentu, gdy opuściłem Nerinę wtedy, w jaskini, do momentu, gdy obaj naukowcy znaleźli się bezpiecznie poza obrębem zalanej wodą jaskini. Przykazałem im, żeby trochę odpoczęli i spróbowali chociaż się wysuszyć. Byłem pewien, że cała ta „przygoda" w jaskini wyczerpała obu mężczyzn, a teraz, kiedy cały stres związany z jaskinią zaczął powoli odpływać, zmęczenie powinno zaatakować ich podwójnie. Mimo to nie mogłem im dłużej towarzyszyć i czekać na to, by zobaczyć, czy któremuś z nich nie zrobi się słabo. Czułem, że muszę wrócić pod Nerinę.
Jeśli dziewczynie by się w końcu poprawiło, zapewne już dawno by do nas dołączyła. Jednak im dłużej czekałem, tym bardziej Nerina się nie pojawiała, a niepokój narastał w moim sercu. W końcu postanowiłem, że dłużej tak być nie może i znów skierowałem swoje kroki w stronę zatopionych w mroku i lodowatej wodzie korytarzy.
Isagomushi miał lepszą pamięć, niż ja - był w końcu żółwiem, a żółwie znane były z tego, że dużo pamiętają i długo żyją. Chyba. W każdym razie - demon poprowadził mnie bezbłędnie do miejsca, gdzie zostawiłem Nerinę.
Miałem nadzieję, że po tak długim czasie dziewczyna doszła już do siebie, ale niestety - paraliż okazał się silniejszy, niż myślałem i Nerina potrzebowała mojej pomocy, by w ogóle wydostać się z tych jaskiń. Cóż, nie byłem ani specjalnie silny, ani duży, zaś rybi ogon syreny zdawał się w tym momencie bardziej ciężarem, niż pomocą. Jednak z pomocą Isagomushiego udało nam się wydostać - zdawało się, że jaskinie są już tylko złym wspomnieniem.
Oczywiście odszedłem tak, jak Nerina mnie prosiła - nie zamierzałem przecież naruszać jej prywatności. Jednak pozostawałem na tyle blisko, by mogła mnie zawołać. Naukowcy jakoś się pozbierali i wysuszyli. Powiedziałem im, aby ruszyli już w stronę miasta. Chyba nie było sensu, by i oni czekali, aż paraliż przejdzie Nerinie i dziewczyna będzie w stanie się ruszyć. Zaś w mieście czekali na nich ich towarzysze - na pewno ucieszyliby się, gdyby dowiedzieli się, że jednak nic się im nie stało, a jedyne straty, jakie poniesiono, to te nieszczęsne, rozbite próbki.
Odczekałem nieco, zaś Isagomushi, zmęczony całą akcją w jaskiniach, położył mi się na ramieniu i zamknął oczy.
— Nerina? — zawołałem głośno, nie odwracając się w stronę dziewczyny. — Wszystko w porządku? Mogę ci jakoś pomóc?

poniedziałek, 21 lutego 2022

Od Hiromaru CD. Eny

Ena zabrał wilczka, ja zaś zacząłem się intensywnie zastanawiać nad tym, jak mogę przydać się w całej tej sprawie. Na pewno nie uśmiechało mi się pozostanie biernym i bezczynnym - życie tego zwierzaka na dobrą sprawę zależało ode mnie i od Eny, więc nie chciałem tego tak zostawić. To prawda, byłem uczniem Sarlok - wciąż niedoświadczonym, ale jednak - a to w pewien sposób mnie zobowiązywało.
Wieczorem nie miałem już zbyt dużo siły na cokolwiek, a już na pewno nie na myślenie, toteż po prostu poszedłem spać z nadzieją na to, że przez noc w mojej głowie w jakiś cudowny sposób urodzą się nowe pomysły.
Wszechświat nie znosi próżni, moja głowa zaś, będąc w połowie wypełniona ową próżnią, przywołała całkiem niezły pomysł. Przynajmniej mi się wydawało, że jest całkiem niezły, a rzeczywistość miała go zweryfikować.
Wstałem o abstrakcyjnie wczesnej porze. Wyłowiłem Isagomushiego z jego balii, demon łypnął na mnie ze zdziwieniem, machnął płetwą, ale tyle tylko było z jego protestów. Opuściłem śniadanie - w Sarlok przytyłem, więc nic by mi się nie stało, gdybym nie poszedł na jeden posiłek - a następnie pobiegłem do jednej z pustych klas. Dzięki Mavenowi trafiałem już wszędzie tam, gdzie chciałem, więc nie traciłem czasu na gubienie się po drodze.
W pustej klasie zaś znalazłem jednego ze studentów, którego zapoznałem jakiś czas temu - Theoderica - wraz z jego demonem, Yami. Theo był człowiekiem zamkniętym w sobie, małomównym, chodzącym własnymi ścieżkami i nie czującym żadnej potrzeby, by wpasować się w ogólne standardy. Nie lubił dnia, najlepiej pracowało mu się w nocy, zaś Yami był związany z ciemnością, łatwo więc było połączyć upodobania zaklinacza z charakterem jego demona. Gdy już przebiło się przez grube warstwy milczenia, wycofania i nieśmiałości, Theo okazywał się bardzo towarzyskim i pomocnym kompanem. Na tę ostatnią jego cechę właśnie najbardziej liczyłem.
— Tak myślałem, że cię tu znajdę — powiedziałem, wkraczając do sali, wraz z ziewającym Isagomushim lewitującym mi nad ramieniem.
Theo zerknął na mnie, oszczędnie skinął głową na powitanie. Yami uchyliła tylko jedno oko. Wilczyca przestała już na mnie warczeć, nie wyczuwałą zagrożenia, zaś sam Theo czuł się przy mnie nieco swobodniej i na to też reagował jego demon.
— Widzisz, mam pewną sprawę — zacząłem, od razu przechodząc do sedna.
— To długa sprawa? Robi się późno — zauważył Theo.
Chłopak chodził spać nad ranem, wstawał wieczorami, ale dopóki taki model u niego działał i robił postępy w nauce, nie czyniono mu problemów. Właściwie to skoro tylko żyjąc w ten sposób robił jakiekolwiek postępy, a przy tym nie wadził nikomu, po prostu jakoś przyjęto to jako kolejną szkolną ciekawostkę.
— Bo ostatnio znalazłem takiego wilczka… — zacząłem.
A potem wyłuszczyłem Theo całą historię - o tych wilkach, które zaatakowały wioskę, no i o tym, jak dużo było potem zniszczeń, ile trzeba było odbudować i ogarnąć. Mało tego nie było, ledwie się ogarnęliśmy przecież, a i to nie był koniec. Zaś co do samego wilczka, starałem się przekazać Theo na ile tylko mogłem, że wieśniacy są nieprzychylnie nastawieni, mają ku temu powody, zaś cała sytuacja jest wciąż świeża.
— Na razie Ena zabrał go do siebie, ale nie możemy cały czas trzymać wilczka w dormitoriach. Musi w końcu zacząć żyć w wiosce.
Theo pokiwał głową w milczeniu, zaczął się zastanawiać. To była kolejna jego cecha - chłopak lubił dać sobie czas do namysłu i nigdy nie odpowiadał, jeśli nie był pewien odpowiedzi.
— Czyli tak naprawdę to musicie udowodnić mieszkańcom wioski, że wilczek nie tylko nie będzie dla nich groźny, ale i się im przyda.
Pokiwałem z zapałem głową. W międzyczasie Isa zaczął zaczepiać Yami.
— Mam pewien pomysł — kontynuował Theo. — Dobrze by było, gdybyście nauczyli tego wilczka jakichś sztuczek. Na początku prostych, takich dla szczeniaka. Nie musi umieć nie wiadomo czego - chodzi o to, żeby wieśniacy zobaczyli, że naprawdę jest przydatny, a na prostych ludzi najlepiej działa, jak im się coś pokaże — wyjaśnił, zerkając na Yami, ale wilczyca wylegiwała się spokojnie, zupełnie nie przejmując się tym, że Isa postanowił zrobić sobie wygodne łóżko z jej puchatego grzbietu.
— A jakich sztuczek moglibyśmy go w ogóle nauczyć.
— Prostych. Chociażby, żeby siadał na komendę.
— Nigdy nie próbowałem nauczyć niczego wilka — przyznałem, zaś Theo przekrzywił nieco głowę.
— Wiesz co - mógłbym dać ci książkę, ale — zawiesił głos. Chłopak dobrze wiedział, że z książkami jest mi trochę nie po drodze. — Ale mam lepszy pomysł. Po prostu ci pokażę. — Zwrócił się do swojej wilczycy. — Chodź, Yami. Poudajesz nam szczeniaka.
Wilczyca otworzyła lekko oko, łypnęła na nas w wyrazie, który zinterpretowałem jako uprzejme zdziwienie. Ale w końcu wstała i podeszła.
Nawet się nie spodziewałem, że poranek spędzę na nauce tego, jak wytresować wilka. Theo zastanawiał się. Mówił, że choć szczeniak jest bardzo młody, może być inteligentniejszy niż normalny pies i szybciej zapamiętać komendy, nawet te bardziej skomplikowane - toteż był dobrej myśli jeśli chodzi o nasze z Eną próby sprawienia, że wieśniacy przekonają się do szczeniaka-przybłędy. Może to faktycznie miało szansę się udać.


Do wioski przybyłem nieco spóźniony.
Ena był już na miejscu, był też i wilczek. Wieśniacy chyba nieco się uspokoili - jakoś nie widziałem, by ktoś wyraźnie protestował przed przyprowadzeniem z powrotem szczeniaka, ale z drugiej strony w powietrzu wciąż czuć było ten specyficzny rodzaj niechęci i napięcia. Musieliśmy to z Eną zmienić.
Przywitałem się z chłopakiem, pogłaskałem wilczka. Zwierzak poznał mnie, zamerdał ogonem.
— Porozmawiałem z kolegą ze starszego rocznika — powiedziałem Enie. Chłopak uniósł brwi w zainteresowaniu. — Zasugerował, żebyśmy spróbowali nauczyć wilczka czegoś i pokazali to wieśniakom. To powinno im udowodnić, że wilczek nie jest groźny i że da się go wyszkolić. Dowód powinien najlepiej na nich zadziałać, a poza tym - to będzie też dobre dla niego — powiedziałem, wskazując na szczeniaka. — Musi mieć trochę rozrywki i wyzwań. Bez nich nie będzie się rozwijał.
Ena pokiwał głową, uśmiechnął się.
— To bardzo dobry pomysł, też się nad tym zastanawiałem. Ale jest pewna rzecz, którą powinniśmy zrobić jako pierwszą.
— Jaką? — Przechyliłem głowę, uniosłem pytająco brew.
— Musimy nadać mu imię.

Od Maebh CD. Bastiana

Jak się okazało, z pozoru głupie drzwi stały się dla nas nie lada wyzwaniem. Doszliśmy do wniosku, że może kombinacja przycisków jest kluczem do ich otwarcia. Właśnie, kombinacja, której nie wiedzieliśmy jak ugryźć. Obejrzałam dokładnie wrota, a w międzyczasie nie wpadły nam do głów żadne pomysły, jak to wszystko rozwiązać. Przyjrzałam się im po raz kolejny, jednak w głowie nadal było pusto. Bastian zaproponował wtedy, że stanie się mięsem armatnim i będzie testować wszystko po kolei. Nie trudno było domyślić się, że taki obrót wydarzeń niezbyt przypadł mi do gustu, ale zanim zdążyłam jakkolwiek zaprotestować chłopak przeszedł już do działania. Padło na owcę, która z owcą nie miała chyba nic wspólnego, bo chwilę później jej oczy zaiskrzyły żywą czerwienią, by potem płomieniami pokryły się całe drzwi. Instynktownie zakryłam twarz rękami, jakby to miało mi w jakiś sposób pomóc. O dziwo nie poczułam nawet delikatnego ciepła, bo jak się okazało Bastian zakrył mnie skrzydłem. Bastian, który wydawał się nie być tym za bardzo poruszony i stwierdził jak gdyby nigdy nic, iż owce też nie należały do szczęśliwego trafu. We mnie jednak gotowało się z jego bezmyślności.
- Idiota! Powaliło cię?! Co, gdyby to było coś gorszego? - uderzyłam go pięścią w ramię, gdy składał skrzydło.
- Ale nie stało się, tak? Żyjemy i jest wszystko dobrze, wyluzuj - powiedział aż chyba nazbyt spokojnie, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Złożyłam ręce jak do modlitwy, przykładając je do ust i biorąc głęboki oddech. Zachował się strasznie lekkomyślnie i jeszcze tylko tego brakowało, żeby coś mu się stało. Musieliśmy pomyśleć nad innym rozwiązaniem, jak testować różne kombinacje. Można powiedzieć, że coś mi przyszło wtedy do głowy. Dałam chłopakowi palcem znać, aby chwilę na mnie poczekał, a sama się oddaliłam. Gdy szliśmy do wrót, w oczy rzuciły mi się w połowie spróchniałe kawałki drewna oraz kawałki jakichś starych szmat. Szybko wróciłam do chłopaka i skleciłam prowizoryczne pochodnie. Rozpaliłam je ogniem z latarnii i powtykałam w szczeliny blisko drzwi. Zrobiłam dwa kroki do tyłu upewniając się, że są dobrze oświetlone.
- Teraz zrobimy to po mojemu. I bezpiecznie - jedną ręką złapałam rękaw Bastiana, a w drugiej trzymałam naszą latarnię.
Oddaliliśmy się na odległość, którą uznałam za bezpieczną, ale też taką, żeby nadal dobrze widzieć wrota. Za pomocą mojej zdolności uniosłam jeden z kamieni i cisnęłam nim w postać rolnika aby sprawdzić, jaka będzie reakcja na ten przycisk. Na odpowiedź nie musieliśmy długo czekać, bo dosłownie parę sekund później w odległości mniej więcej dwóch metrów od drzwi, z półokrągłego stropu wystrzeliły strzały. Na szczęście znajdowaliśmy się dalej, więc nas nie dosięgnęły. Próbowałam potem różnych kombinacji, z różnym skutkiem. Niekiedy nie działo się nic, a innym razem wręcz przeciwnie. Zmarnowaliśmy tak chyba dobre pół godziny i cała ta sytuacja zaczęła mnie strasznie denerwować. Nasze pomysły na kombinację nie przynosiły skutku, którego chcieliśmy. W pewnym momencie byłam już tak zirytowana, że uniosłam na raz kilka kamieni i rzuciłam nimi od niechcenia w ten skalny kloc, który był drzwiami. Musiałam rozładować emocje, ale jakie było moje, i w sumie Bastiana też, zdziwienie, kiedy o dziwo wtedy coś “kliknęło”. Niedługo potem usłyszeliśmy, jak stary mechanizm wprawia się w ruch, wszystkie stare trybiki zaczęły się o siebie ocierać, a wrota się otworzyły. Spojrzeliśmy po sobie zaskoczeni, podchodząc do wejścia. Oświetliłam kawałek drogi przed nami, następne czekały nas schody, w totalnym mroku.
- A więc ruszamy dalej? - spytałam, unosząc wzrok na Bastiana.
Szablon
Pandzika
Kernow