Tablica

Nadeszła zima, jakiej nawet nasi dziadkowie nie widzieli. Zapasy powoli się kończą, państwa patrzą na siebie coraz bardziej podejrzanym wzrokiem. Uczniowie muszą siedzieć w zimnych i rzadko ogrzewanych pokojach, bo akademię robią wszystko by nie zamknąć swych wrót przez brak pieniędzy. Ludzie w miastach wspierają się jak tylko mogą, jednak nawet to nie pomaga w wyżywieniu rodziny. Wcześniej ludzie nie zwracali uwagi na dziwne zachowanie zwierząt, jednak być może był to zwiastun czegoś nowego? Może ptaki przestały migrować, a stworzenia leśne zbierać zapasów na zimę z powodu jakieś większej sprawy? Pomimo ciężkich warunków, zimy i głodu, niektórzy chcą znaleźć przyczynę całego tego chaosu i szaleństwa. Próbują dotrzeć do miejsca, w które zdaje się, idą wszystkie magiczne stworzenia zamieszkujące nasz świat. Czy jednak jest to bezpieczne?

niedziela, 1 listopada 2020

Od Azriela cd Colette

Ostatnie dni okazały się znacznie bardziej chaotyczne, aniżeli kiedykolwiek by przypuszczał - seria treningów z nieznaną mu jeszcze niedawno dziewczyną, pojawiające się raz za razem kontuzje i scalający wszystko ze sobą, nieszczęsny pokój, który zmuszeni byli ze sobą dzielić. Mogłoby się wydawać, że czyhające nad nimi fatum, Bóg Komedii Tragicznych, bądź jakakolwiek inna siła, która stąpała im po piętach, nie zamierzała tak szybko sobie odpuścić - zupełnie jakby ich losy nagle splotły się w jeden, a dwójka nastolatków nie miała w tej sprawie nic do powiedzenia. Azriel nie protestował więc, z głuchym westchnięciem przewracając się na drugi bok, twarzą ku ścianie - nie należał do osób szczególnie towarzyskich, to prawda, jednak mimo wszystko nie chciał dodatkowo pogarszać sytuacji leżącej przy przeciwległej ścianie Colette. Była dla niego miła, absolutnym minimum, które mógł dla niej zrobić, to odwdzięczenie się w ten sam sposób. 
I choć przez cały wieczór z pewnym pobłażaniem spoglądał ku z lekka nieporadnym z powodu kontuzji poczynaniom dziewczyny, nie reagował, z trudem wypełniając jej dość agresywną prośbę, którą wysunęła w jego stronę jakiś czas temu. Jeśli będzie mnie potrzebować, to sama się odezwie, prawda? 
Z niemym pytaniem rozbrzmiewającym mu w głowie, przygotował się do snu, by wkrótce całkowicie stracić kontakt z rzeczywistością. 
***
Wstał o świcie, a właściwie został do tego zmuszony, gdy dobrze znana mu, parszywa aura wypełniła pomieszczenie, w jednej chwili stawiając Azriela na nogi, napełniając porażającą dawką obrzydzenia. Przekląwszy pod nosem, spojrzał ku swej współlokatorce, upewniając się, że ta wciąż śpi, nim z niechęcią odwrócił swój wzrok ku stojącej w drzwiach postaci, szybko żałując swej decyzji. 
Szeroki, przepełniony fałszem i obłudą uśmiech wywoływał nudności, a kpiący ton głosu sprawiał, że gdyby nie perspektywa srogich konsekwencji, demon najprawdopodobniej już dawno rzuciłby się przybyszowi do gardła.
- Czego chcesz? - Azriel warknął, udając zainteresowanego porannym przygotowaniem się do zajęć. Był gotów zrobić wszystko, byle nie musieć dłużej uczestniczyć w tej rozmowie.
- Az, zawsze byłeś pełen zawiści, ale nie tak powinno się witać własnego brata. - Prowokacyjnie zacmokał ustami. - Nie cieszysz się, że mamy okazję porozmawiać? 
- Jestem kurwa przeszczęśliwy, Magnus. - Prychnął, przeciągając czarny golf przez głowę. - Możesz w końcu przejść do rzeczy?
Młodziak stłumił śmiech, wyciągając z rękawa ozdobnie zapieczętowany pergamin, z pełnym wyższości grymasem wręczając go swemu starszemu bratu. Azriel przejął przesadnie udekorowany zwitek z pewną niechęcią, dystansem, jakoby dotknięcie listu miało nieść za sobą cielesne konsekwencje. Demon zwlekał, jak tylko mógł, nim finalnie zerwał krwistoczerwony ornament, wbijając wzrok w idealnie spisany ciąg słów. Lektura zdawała ciągnąć się w nieskończoność, a każde kolejne zdanie napełniało Sullivana jeszcze większą agresją, znacznie przekraczając znane mu dotychczas normy. Gdy w końcu skończył, jeszcze przez dłuższą chwilę nie potrafił wydusić z siebie choćby słowa, ledwo powstrzymując się przed uderzeniem Magnusa w twarz. 
Głowa pulsowała od natłoku myśli, sprzecznych ze sobą komunikatów, a przede wszystkim pobudzającej go złości. Wstępując w szeregi Ardem, nadwyrężając własne ciało i zdrowie w imię samorozwoju i desperackiej pogoni za potęgą nigdy nie spodziewał się, jak łatwo może to wszystko utracić. Nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, czy tym, co obecnie czuł była wściekłość, gorycz, czy może zwyczajny żal w stronę prześladującego go fatum. 
Dwór Jesieni. Jednostka pod dowództwem Zoltana Sullivana. 
Pojedyncze komunikaty migotały mu przed oczami, raz jeszcze przypominając, jak niewielką miał faktyczną kontrolę nad własnym życiem. 
- Co to ma być? - Warknął w końcu, po chwili znacząco zniżając ton głosu, jakby przypominając sobie o śpiącej wciąż po drugiej stronie pokoju dziewczynie. 
- Dokładnie to, co przeczytałeś. - Magnus wydawał się wręcz rozbawiony widokiem kipiącego ze złości brata. - Nie myślałeś chyba, że tak łatwo się od nas odetniesz, bękarcie. Sam o to zadbałem. 
- A więc to twoja wina. Mogłem się tego, do cholery, spodziewać. - Dźwięk, jaki wydał z siebie Azriel niepewnie balansował pomiędzy łkaniem a wściekłym syknięciem. - Nie myśl sobie, że tak łatwo ci to odpuszczę. 
Odpowiedział mu jedynie pobłażliwy, niewątpliwie kpiący śmiech, nim młodszy z Sullivanów skłonił się nisko, znikając w głębi korytarza. Demon został sam, czując, jak grunt osuwa mu się pod nogami, a wszystkie cele, do których dążył, w jednej chwili rozwiewają się, niczym pełna zawodu mgła. Stał w całkowitej ciszy jeszcze przez chwilę, nim wepchnął zmięty list pod poduszkę, pozbawiony sił kończąc przygotowywanie się do dzisiejszych zajęć. 
Pochłonięty własnymi myślami nie zauważył nawet, że Colette w końcu się obudziła, a nawet nawiązała z nim krótką rozmowę - chłopak odpowiadał jej grubiańsko, niemal automatycznie, nie do końca nad sobą panując, nim przy akompaniamencie trzaskających drzwi wyszedł z pokoju.
***
Godziny mijały, a słowa profesorów, wszystkie wykonywane przez niego ruchy zdawały się zlewać w jedno, jakby sam nie do końca je pamiętał. Poranne wieści skutecznie wyprowadziły go z równowagi, a Azriel był niemal pewien, że uniemożliwienie mu skupienia się przez resztę dnia było jednym z ukrytych celów Magnusa. Przebrzydły śmieć. Przeklinając w duchu swego brata, demon zdecydował nie pojawiać się na ostatnich zajęciach, zaszywając w pokoju, próbując przespać się ze zrzuconymi mu na barki informacjami, lecz bezskutecznie. Leżał więc w bezruchu, tępo wpatrując się w sufit, nim stłumione skrzypienie drewnianej podłogi i pojawienie się Colette choć na chwilę sprowadziły go z powrotem na ziemię. Dziewczyna nie odezwała się jednak, całą swą uwagę poświęcając wyjętej z torby książce. Może to i lepiej. Cisza trwała więc nadal, a panująca w pokoju atmosfera stawała się coraz bardziej napięta, sprawiając, że brunetka w końcu nie wytrzymała, rozpoczynając rozmowę. Chłopak nie odpowiedział od razu, zastanawiając się, w jaki sposób streścić wszystko to, czym się zadręczał, o ile w ogóle powinien był się odzywać. Ostatecznie westchnął jednak ciężko, streszczając współlokatorce poranny przebieg zdarzeń, by na końcu wyciągnąć spod poduszki nieszczęsny list, raz jeszcze przejeżdżając po nim wzrokiem.
- Wiesz, że w przyszłym roku kończę akademię, prawda? Planowałem wstąpić do armii tutaj, w Kernow i jakoś ułożyć sobie życie, ale najwidoczniej nawet nad tym nie mam, kurwa, kontroli. - Ton jego głosu momentalnie oziębł, a ciałem wstrząsnęła irytacja. - Magnus i mój...ojciec - Ostatnie słowo wypowiedział z niemałą odrazą. - Ta dwójka próbuje kontrolować wszystko to, co zrobię. Wygląda na to, że za rok wracam na Dwór Jesieni, żeby robić za byle piechura w oddziale mojego ojca. Podobno podpisali za moimi plecami to, co trzeba. Nie mam nawet pojęcia, jak miałbym się z tego wyplątać, skoro żaden z nich nie potrafi przyjąć nie, jako możliwej odpowiedzi. - Wplótł dłoń we włosy, wbijając wzrok w podłogę. - To tylko kwestia czasu aż przywłaszczą sobie prawo do ułożenia mi też reszty życia, ustawienia małżeństwa, a może i liczby, kurwa, dzieci. - Warknął ze złością. - Dawno nie czułem się tak bezsilny. 
Gdy w końcu skończył mówić, poczuł zażenowanie samym sobą, zażenowanie obnażoną słabością i utraconą kontrolą. Poczuł się, jakby właśnie stracił w oczach Colette, samemu przyczyniając się do całkowitej zmiany własnej reputacji. 
- Nieważne, zapomnij. - Rzucił pod nosem, wychodząc z pokoju. 
Nie do końca wiedział, dokąd zamierzał się wybrać. Być może chciał jedynie uciec od przytłaczającego go uczucia bezsilności, ukazanej w przeraźliwej ilości niemocy. Był zwyczajnie wściekły na samego siebie, na całą tę sytuację, w której się znalazł. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz czuł w sobie tak wiele emocji jednocześnie, kiedy ostatnio utracił panowanie na taką skalę i z całą pewnością nie wiedział, jak powinien się zachować. 
Szedł więc przed siebie, nie odwracając się nawet na chwilę.
***
Do pokoju wrócił późnym wieczorem, z niemałym wstydem otwierając skrzypiące drzwi, by zobaczyć czuwającą wciąż Colette. Nie spojrzał jej w oczy, a może patrzeć nie chciał, w pewnym stopniu obawiając się tego, co mógł w nich zobaczyć. Skierował się więc do własnego łóżka, przez dłuższą chwilę bezcelowo wpatrując się w sufit, bawiąc się spoczywającym na jego środkowym palcu sygnetem. 
- Przepraszam. - powiedział nagle, czując, że mimo własnych wewnętrznych sprzeczek zachował się jak idiota, znikając na tak długo. - Ale przemyślałem kilka rzeczy. Skoro nie mam na razie, jak  legalnie wyplątać się z tej sytuacji, być może uda mi się sprawić, że to oni zrezygnują z trzymania mnie siłą u swego boku. - Usiadł na łóżku, opierając się plecami o ścianę w taki sposób, by móc spojrzeć Colette prosto w oczy. - Do ojca mam zdecydowanie za daleko, ale nic nie stoi na przeszkodzie uprzykrzeniu życia Magnusowi...podpalenie pokoju, subtelne podtrucie, być może przypadkiem spowodowana kontuzja. - Po raz pierwszy od dawna nieznacznie się uśmiechnął. - Nie wiem, czemu ci o tym mówię, ale możesz potraktować to jako prośbę o zostanie moją partnerką w zbrodni, jeśli zechcesz i kiedy już poczujesz się lepiej. - Wzruszył ramionami, by po chwili raz jeszcze poczuć się zażenowany każdym słowem, które opuściło jego usta. 

Colette? x.x

poniedziałek, 5 października 2020

Od Darumy do Mavena- Obóz

Zbliżała się jesień - moja ulubiona pora roku. Zaczynaliśmy szkołę, czekał mnie kolejny semestr nauki, a widoki zza okna były przepiękne. Niestety. Wszystko ma swoje wady. Wraz z powrotem do akademii i nadejściem chłodnych dni, zaczynał się sezon obozowy. Wszystkie uczelnie wspólnie udawały się na leśną przygodę, podczas której podobno uczniowie mieli się integrować. Czy w rzeczywistości tak było? Nie mam pojęcia. Osobiście nienawidziłem okresu obozu. Z natury wolałem wygodę i ciepło domowego zaciszu. Nie byłem przyzwyczajony do surowych, leśnych warunków. Dodatkowo musiałem spędzać czas z ludźmi, z którymi nie chciałem raczej dzielić całego dnia. Upierdliwości. 
Kończyłem właśnie pakować ostatnie niezbędne rzeczy, kiedy do pokoju ktoś zapukał. Bez entuzjazmu otworzyłem drzwi. Na korytarzu stał zawinięty w brązowy płaszcz nauczyciel. Profesor ponaglił mnie, mówiąc, że zaraz wyruszamy. Wspaniale. 
Przez całą drogę do miejsca docelowego zastanawiałem się, jakie męczarnie czekają mnie w tym roku. W ciągu ostatnich lat nabawiłem się wielu urazów. Raz złamałem dopiero odrastające poroże! Nigdy więcej. Dodatkowo ciekawiło mnie, kto w tym roku zostanie wybrany na lidera. Wykonywanie rozkazów jakiegoś niekompetentnego przywódcy nie należało do szczytu moich marzeń. W ubiegłym roku nie potrafiłem dogadać się z dowodzącym, który co kilka minut wpadał na jakiś "genialny" pomysł. Ostatecznie skończyliśmy naszą misję jako ostatni i wszystko przez to, że ów lider postanowił wybrać drogę "na skróty" prowadzącą przez pobliskie bagna. Sam utknął w błocie i bez pomocy nauczycielskiej magii, nie wydostałby się z pułapki. 
Także. Nienawidziłem obozów i już odliczałem dni do powrotu do szkoły. Lekkimi susami pokonywałem kałuże, które pokrywały całą polanę. Rozglądałem się, nerwowo ruszając uszami. W tłumie w większości nieznanych mi osób rozpoznałem kilka znajomych mi twarzy. Z niemałym zadowoleniem spostrzegłem, że nauczyciel przydzielił mnie do grupy, w której znałem kilku uczniów, a właściwie uczennic. Była to Lyanna i Colette, które spotkałem już podczas bitwy z orkami. Przywitałem się z dawnymi znajomymi i wymieniłem krótka uprzejmość z nieznanym mi dotychczas chłopakiem. Po mundurku rozpoznałem, że należy do Sarlok. 
- To niesamowite, że znowu jesteśmy w tej samej ekipie! - Colette uśmiechnęła się szeroko. 
Mimowolnie kąciki moich ust również ruszyły w górę. Po chwilowej wymianie zdań pomiędzy członkami mojej nowej drużyny, Lyanna i Maven doszli do wniosku, że uwolnią mnie od połowy ciężaru i pozwolili nieść bagaże swoim demonom. Podziękowałem za ów gest uczynności i ruszyłem za resztą po resztę naszych rzeczy. 
W międzyczasie dowiedziałem się (albo dopiero to do mnie dotarło), że dawna towarzyszka z Sarlok, Lyanna, będzie ponownie naszą liderką. Cieszył mnie ten wybór. Dziewczyna idealnie nadaje się na dowódcę. Bez problemu mogłem zaakceptować jej przywódctwo.
Na stercie przygotowanych przedmiotów odnaleźliśmy namioty, zapasy, wodę i kompasy. Zabraliśmy ze sobą również dodatkowe ubrania i apteczkę, bo w końcu nigdy nie wiadomo, co jeszcze może nas spotkać. 
- To co teraz? - zapytałem, kiedy cała drużyna oddaliła się od zatłoczonego głównego obozowiska. Lyanna wyciągnęła listę z zadaniami i zmarszczyła brwi. Po jej reakcji nie spodziewałem się niczego przyjemnego. 
- Musimy znaleźć pióra smoka - poinformowała. Schowała kartkę do kieszeni, a na jej miejsce rozwinęła mapę. - Mamy zaznaczone miejsca, gdzie możemy je znaleźć. 
Zerknąłem na rozpiskę i skrzywiłem się. To niemal drugi koniec lasu! Czy nauczyciele naprawdę myślą, że uda nam się pozbawić jakiegoś wielkiego gada pierza? Będzie cud, jeśli uda nam się wyjść z tego żywym!
- Dzisiaj przenocujemy tutaj - stwierdziła liderka, obrzucając polankę badawczym spojrzeniem. - Rano ruszymy wykonać nasze zadanie. Jakieś pytania? - dodała po chwilowym milczeniu. Nikt nie odpowiedział. - Wspaniale, pomóżcie mi rozłożyć namiot. 
Bez słowa wyjąłem pozwijany materiał i na specjalnych rusztowaniach z trudem postawiłem go na nóżkach. Nienawidziłem tego robić. Właściwie ledwo mieściłem się do środka ów chroniącej przez zimnem nocy skórzanej kryjówce. Nie miałem jednak wyjścia i musiałem korzystać z tego, co oferują nam nauczyciele. Właściwie, od tej chwili jesteśmy zdani jedynie na siebie. Jeśli skończy nam się prowiant, będziemy musieli go zdobyć go sami. Dodatkowo, otaczający nas las jest pełen niebezpieczeństw. 
Przygryzłem wargę. Nienawidzę tutaj być. Chcę do domu. Uniosłem błagalnie oczy w górę. Oby to wszystko skończyło się jak najszybciej. 

Maven?

niedziela, 4 października 2020

Od Pearla do Rowana – Obóz

Obóz.
To słowo nieustannie krążyło po jego głowie. Dopóki nie spytał swojego opiekuna, nie miał pojęcia, co ono znaczyło. Teraz jednak wiedział. Jak każdego roku uczniowie akademii zostaną wysłani w grupach do lasu i będą musieli samodzielnie dotrzeć do wyznaczonego miejsca wykonując po drodze zadania. Czy mu się to podobało? W sumie...
Akademickie życie było dla niego męczące. Ciągle jakieś zajęcia: albo siedział w pomieszczeniu, próbując zrozumieć i zapamiętać to co mówili nauczyciele, albo ciężko trenował. Kontakty z innymi były wyczerpujące, miał problemy ze zrozumieniem wielu słów, ponadto sam nie potrafił wyrazić w pełni swoich uczuć i opinii. Dlatego uważał obóz za odskocznię od tego wszystkiego. Spędzi czas w lesie, czyli prawie w domu, będzie w jakiejś grupie, ale powinno pójść w miarę okej. Naturalny instynkt pomoże mu w wykonywaniu zadań, więc raczej nie będzie musiał dokładnie wiedzieć co ma robić.
Nie przewidział jednak jednej rzeczy.
– Kolejną drużynę utworzą Pearl M'Acrei jako prowadzący oraz Rowan Cipriano, Anien Denbrough i Lucien Vanserra – usłyszał.
Otworzył szeroko oczy, unosząc brwi w zdziwieniu. Chwila, ja prowadzącym? Jak? Czemu?
Kompletnie się na to nie przygotował – wręcz przeciwnie, był święcie przekonany, że zostanie po prostu członkiem drużyny, a nie przywódcą. No bo jak? To nie miało sensu. On nie mógł być liderem. Jak on miał przewodzić wszystkim, kiedy nie znał dobrze języka? Połowa czasu jego drużynie zejdzie na próbach porozumienia się z nim. Już to widział. Istna tragedia. Dawno nie czuł się tak zestresowany jak teraz.
Jeden z dorosłych wyciągnął go w widoczne miejsce, by pozostali członkowie jego drużyny wiedzieli do kogo mają podejść. Stanął niepewnie, przeleciał po wszystkich wzrokiem. Osób było multum, połowa się przemieszczała, więc na razie nie potrafił przewidzieć, kto będzie w jego zespole. Spuścił głowę, spojrzał na swoje bose stopy. Przed tym całym obozem miał pozytywne myśli, lecz gdy teraz stał na skraju lasu z ekwipunkiem, czując na sobie wzrok wielu i czekając, aż się zbierze jego drużyna zapragnął stąd uciec. Chciał wrócić do domu bardziej niż zwykle. Gdyby nie tamci okropni ludzie, teraz spędzałby kolejny w miarę normalny dzień w osadzie z rodziną, z dala od reszty świata. Ciekawe, co dokładnie by robił. Patrząc na porę pewnie byłby na patrolu albo pomagałby w szkoleniu młodych kadetów. Ach, proszę, zabierzcie mnie stąd!
Może jak w pewnym momencie ucieknie to nikt nie zda sobie z tego sprawy? Miał specjalny ekwipunek, z którym powinien przetrwać. Tylko czy trafi do domu? Jakoś sobie poradzi. Jakoś...
Coś rzuciło na niego cień. Podniósł głowę, ujrzał nad sobą znacznie wyższych od siebie trzech osobników płci męskiej. Jeden z nich, opalony o białych włosach, był na tyle wielki, że chyba mógłby Pearla na barana nosić. Jak tak mu się przyglądał to go zaczął kojarzyć. Czy to nie Rowan, uczeń Ardem, z którym razem byli wtedy jako szpiedzy? Tak, to musiał być on. Zmierzył go wzrokiem, podobnie jak pozostałą dwójkę – wytatuowanego o mrocznej, tajemniczej aurze oraz najniższego, ale nadal wyraźnie wyższego od charuliana czerwonookiego. Widząc ich przytłaczające sylwetki położył po sobie piórka, z trudem ukrywając niepewność, stres i obawy.
Cała trójka przyglądała mu się badawczo. Najwyższy ściągnął brwi, widocznie się nad czymś zastanawiając. W końcu postanowił spytać:
– Ty jesteś naszym liderem?
Słysząc to, Pearl spojrzał na niego, zamrugał parę razy. Źrenice jego dużych błękitnych oczu nieco się zmniejszyły, piórka zaś odrobinę się podniosły. Stał w milczeniu przez chwilę, jakby coś w głowie kalkulował, ostatecznie odparł:
– Co to lider?
Między wszystkimi członkami drużyny nastała dosyć niezręczna cisza. Trójka wpatrywała się w Pearla, który błądził między nimi wzrokiem, z powrotem kładąc po sobie piórka. Po co żeś się odzywał? Jak tak teraz myślał, to pewnie chodziło o przywódcę. Czemu najpierw się nie zastanowił? Skrzywił się nieznacznie. Świetnie, w ich oczach pewnie właśnie stał się głupkiem.
– Zapowiada się ciekawie – odezwał się pod nosem ciemnowłosy.
Pearl przyjrzał mu się uważnie. Nie był w stanie określić, czy mówił to z sarkazmem, czy nie. Cała jego postać była na tyle tajemnicza, że wątpił, że się od razu porozumieją.
Wziął głęboki wdech. Musiał się uspokoić. I przede wszystkim myśleć pozytywnie. Nie był wcale taki beznadziejny w rozmawianiu z innymi. Znał podstawy, a jak czegoś nie będzie umiał przekazać w pełni to po prostu pokaże co robić. Jak będą mieli do niego jakiś problem to zabierze się i sam pójdzie. W końcu to nie wojna tylko zwykły obóz. Do tego w praktycznie naturalnym dla niego środowisku. Tak, spokój. Jak zobaczą, że jesteś zestresowany i niepewny to nie będą cię słuchać. Pokaż, że nie jesteś byle kim tylko najprawdziwszym leśnym wojownikiem. Udowodnij, że charulianie to silna rasa.
O, Wielki Charulo, miej mnie w swojej opiece!
– Najpierw powiedzmy imiona – zadecydował spokojniej niż przypuszczał, powoli podnosząc piórka.
Musiał wiedzieć, kto jest kim. Rowana znał, ale pozostała dwójka była dla niego zupełnie obca.
Popatrzył wpierw na czerwonookiego. Wymieniwszy się spojrzeniami tamten odrobinę się speszył. Pearl zamrugał parę razy, uniósł jedną brew. Nieśmiały? Otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz wyprzedził go Rowan, który stanął bliżej chłopaka i rzekł spokojnie:
– To jest Anien.
Położył rękę na jego ramieniu, tamten się nagle zarumienił. Pearl obserwował to wszystko z pewnym zaciekawieniem. Nie wiedział, w jakiej dokładnie byli relacji, ale cieszył się, że się znają. Jeśli z powodu nieśmiałości Anien nie będzie chciał mówić, w niektórych kwestiach Rowan będzie mógł go wyręczyć, a Pearl nie ucierpi z powodu braku informacji. Było dobrze. Może będzie jeszcze lepiej.
Przeniósł wzrok z ich dwójki na czarnowłosego. Tamten również nie wydawał się zbyt chętny do rozmowy (choć w przeciwieństwie do Aniena nie z nieśmiałości), ale nie zwlekał z odpowiedzią i bez większego problemu powiedział:
– Lucien.
W odpowiedzi Pearl wolno przytaknął.
– Pearl – przedstawił się, wskazując ręką siebie.
Okej, było nieźle, znali swoje imiona. To już coś.
Gdy drużyny zostały utworzone, organizatorzy po kolei dawali listę zadań i prosili o nazwę drużyny. Gdy jeden z nich podszedł do grupy Pearla, charulian popatrzył po reszcie, jakby czekając na ich propozycje czy cokolwiek. Nikt jednak nic nie mówił, patrząc na niego wyczekująco. Czyli on miał wziąć sprawę w swoje ręce?
– Podaj nazwę drużyny – odezwał się Rowan.
Charulian spojrzał na niego, minimalnie się skrzywił. Wiem, zrozumiałem go, ale co dokładnie?
– Ja? – spytał. – Wy nie wiecie?
Chwila ciszy.
– Daj cokolwiek – odparł Rowan, w głosie dało się wyczuć irytację. – To tylko nazwa. – Wzruszył ramionami.
No dobrze... Jak pozostawili wybór jemu to tak będzie. Tylko niech potem nie mają pretensji.
Popadł w zamyślenie. Z racji, że nie przewidział siebie jako lidera, nie myślał o tym, jak mogłaby się nazywać jego drużyna. Próbował wymyślić cokolwiek, co nie brzmiałoby głupio. Nie szło mu najlepiej, ale w końcu na coś wpadł i podał organizatorowi nazwę. Tamten ją zapisał, po czym wręczył mu mapę, a także kartkę z zadaniami. Pearl zmierzył ją wzrokiem. Zrozumiał tylko część, co go nieco zmartwiło. Spojrzał na pierwsze z zadań Znaleźć kryształy w jaskinii... Co to znaczy? Czegoś musieli szukać. Chyba jakichś kolorowych minerałów. Ale gdzie? Czym była jaskinia?
Cmoknął niezadowolony. Zadania nie wyglądały na bardzo proste. Miał jednak nadzieję, że to tylko pozory i jak ogarnie, co dokładnie ma zrobić, poradzi sobie bez większego problemu.
– Drużyna Białych Drzew? – usłyszał wtem.
Odwrócił się, podniósł wzrok na Luciena. Mężczyzna patrzył na niego jakby z pewną pogardą.
– Białe drzewa dobre – odparł, wzruszając ramionami.
Anien uniósł brwi, bardziej się zbliżył do Rowana, szepcząc:
– Co to białe drzewa?
– Nie mam pojęcia – odpowiedział tamten.
Gdy organizatorzy zajęli się wszystkim, oficjalnie ogłosili rozpoczęcie obozu, życząc powodzenia. Każda drużyna udała się w głąb lasu, część biegiem, część na spokojnie. Pearl szedł w miarę szybkim krokiem, ale nie myślał o biegu – chciał oszczędzać energię na zadania i ewentualne niebezpieczne sytuacje. Spojrzał na trzymaną w rękach mapę, jakiś czas przyglądał jej się uważnie. Przygryzł dolną wargę. Nie potrafił się w niej odnaleźć. W osadzie czegoś takiego nie mieli, zwłaszcza, że swój teren znali jak własną kieszeń, więc nie potrzebowali tego typu pomocy. Choć wiedział, co mniej więcej było czym, uznał, że to nie dla niego. Co mu po narysowanych punktach i drzewach, jak nie umiał określić odległości?
– Masz, to twoje – to mówiąc wręczył Rowanowi mapę.

Rowan?

sobota, 3 października 2020

Od Lyanny do Darumy - 'Obóz'

 To nie jest mój pierwszy rok w Akademii, dlatego zdążyłam nauczyć się tutejszych tradycji szkolnych. Do tej pory nie odwołano ani nie przełożono żadnego wydarzenia, stąd czując jak noce zaczynają być chłodniejsze i dłuższe czekałam na nadchodzący jesienny obóz. To nie tak, że nie mogłam się tego doczekać, ekscytowało mnie czy coś w tym rodzaju. Chciałam być gotowa na każdą ewentualność. W zeszłym roku całkiem nieźle sobie poradziłam z moją drużyną dlatego zastanawiałam się jaki zespół trafi mi się tej jesieni. Nie liczyłam też, że zostanę liderem obozu - zwykle są nimi osoby ze starszych klas z racji posiadania większego doświadczenia. Nie zawsze tak było, zdarzało się by przywódcą całej eskapady była osoba najmłodsza. A może tak nie jest wcale? Prawdę mówiąc nie analizowałam według jakiego systemu dobierani są liderzy. 
Poprawiłam spódniczkę swojego mundurku szkolnego już któryś raz tego dnia. Dzisiaj miałam z nią problem ze względu na ogon zapieczętowanego Aegona. Nie miałam nastroju go wypuszczać więc użerałam się z podwijającą się spódniczką. Włosy błyszczały niecodziennym blaskiem zwracając tym samym uwagę rówieśników. To jednak nie oznaczało by zmieniło się nastawienie co do mojej osoby, bez większych zmian. W czasie jednej z wielu lekcji dzisiejszego dnia przyszła dyrekcja zająć parę minut innemu nauczycielowi. Wiedziałam po co przyszła, tak samo reszta klasy nie miała złudzeń - to czas ogłoszenia obozu. 
-Drodzy uczniowie... Nadszedł czas wyzwania was do podjęcia corocznego wyzwania w obozie przetrwania. Jak co roku lista zespołów wraz z ich liderami wisi w głównym holu proszę o zapoznanie się z nią. Przypominamy również o zasadach: śpicie w namiotach, jecie co znajdziecie i radzicie sobie tym co macie. Waszym celem jest dostanie się do miejsca wyznaczonego na mapie, którą otrzymacie przed wyruszeniem w podróż - tutaj była dłuższa pauza, której towarzyszyło obrzuceniem wzrokiem uczniów przez dyrekcje upewniając się czy wszystko jasne. -No, to nie pozostaje mi nic innego jak życzyć powodzenia - uśmiech i dość mało wiarygodny ton wcale nie wróżył niczego dobrego ale z czasem to już tutaj nic dziwnego. 
Nie poszłam od razu sprawdzać listy. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że najlepiej sprawdzić ją trochę później a nawet po zajęciach. Wiele się nie pomyliłam, ponieważ po zajęciach przy tablicy stało parę osób, niektórzy dyskutowali między sobą na temat nawet innych drużyn. Śledząc poszczególne nazwiska szybko się odnalazłam. Liderzy byli oznaczani trochę inaczej by oddzielić poszczególne zespoły. Ponownie zostałam wyznaczona na osobę dowodzącą i nawet członkowie byli niemalże ci samo co przy ostatniej misji ratunkowej. Z Darumą oraz Colette miałam już przyjemność się poznać i wiem na co stać tę dwójkę. Mavena również kojarzyłam, jest moim rówieśnikiem, który w ostatnim czasie nabył drugiego demona imieniem Artis. Nie zwracałam zbytnio na niego uwagi, przykładny uczeń, którego lubią nauczyciele ale nie sami rówieśnicy. Całkiem utalentowany z dość niesfornym ognistym demonem. Miałam nadzieję, że będzie nam się współpracowało dobrze i pomyślnie ukończymy obóz. 

W dniu rozpoczęcia się obozu każda z drużyn o określonej godzinie miała pojawić się w akademii po odbiór pakunków przygotowanych przez szkoły aby uniknąć oszukiwania. W sumie na miejscu zjawiliśmy się mniej więcej wszyscy o tej samej porze. Colette jak zwykle wydawała się najbardziej zadowolona z całej sytuacji. 
-To niesamowite, że znowu jesteśmy w tej samej ekipie - zwróciła się do mnie i Darumy. Kątem oka dostrzegłam dziwne spojrzenie Mavena, który nie wiedział o co nam chodzi.
-Mieliśmy okazję już wcześniej ze sobą współpracować podczas najazdu orków - wytłumaczyłam spokojnie. 
-Nie pytałem o nic ale dzięki - wydawał się lekko zdziwiony. "Ciekawe, jaką opinie ma na mój temat", przemknęło mi przez myśl. 
-Tak samo jak wtedy teraz też nami przewodzisz. Będzie wspaniale. Doceniam to, że wtedy wzięłaś pod uwagę moją fobię i okazałaś się cierpliwością...
-Ah, tak. Nie musisz dziękować - skinęłam głową skracając tym samym słowotok dziewczyny. 
Obrzuciłam wzrokiem dwa demony Mavena, które stały nieopodal przyglądając się nam. Artis wyglądał jakby pilnował Devę przed niespodziewanym atakiem. 
-Jakiego rodzaju jest twój demon? - ruchem głowy wskazałam dwie istoty. 
-Deva jest ognistym typem, natomiast Artis kamiennym - zmarszczył brwi podejrzewając o co mi chodzi.
-Byłaby możliwość aby Artis niósł na swoim grzbiecie ciężki załadunek? -spytałam od razu. - Chciałabym znacznie odciążyć Darumę -wyjaśniłam znowu aby nie było niedomówień. 
-Jasne - skinął głową.
Na ten moment wszystko szło raczej bezproblemowo. Wraz ze wszystkimi udaliśmy się po bagaże oraz mapę z listą zadań.

Daruma?

Pierwsze zadanie: zdobądźcie pióra smoka.

niedziela, 27 września 2020

Od Castora cd Beverly

 Chłopak przechadzał się wśród akademickich terenów, z uwagą chłonąc każde wypowiadane przez swą towarzyszkę słowo - nie tylko uznawał posiadaną przez nią wiedzę za niebywale interesującą, lecz również sama elfka przykuła jego uwagę. Uśmiechnąwszy się promiennie, skinął głową raz jeszcze, co pewien czas wtrącając kłębiące się w jego głowie pytania. Spacer, jak wkrótce się okazało, stanowił doskonałą scenerię do poznania się dwójki współlokatorów, których pierwsze spotkanie nie należało prawdopodobnie do zbyt komfortowych. Castor zaśmiał się pod nosem na samo wspomnienie wydarzeń sprzed godziny, nie do końca wiedząc, czy powinien czuć się zażenowany własną postawą, czy może ucieszony, że Beverly okazała się na tyle wyrozumiała, by natychmiastowo nie wyrzucić go z pokoju. Zamyślony nie spostrzegł nawet, że znaleźli się w murach obszernej biblioteki - tym, co w końcu sprowadziło go na ziemię, była woń starych ksiąg i zdecydowanie zbyt duszących perfum zasiadającej za biurkiem kobieciny. Młody elf nie zraził się jednak osobliwymi warunkami, a oczy błysnęły milionem iskier na sam widok niezliczonych egzemplarzy, których masywne brzegi i kolorowe okładki zdawały się nawoływać jego imię. I gdyby nie obecność nastolatki, chłopak najprawdopodobniej uległby ich sugestiom, zaszywając się w kącie ze stosem opasłych tomisk, lecz młodzi opuścili lokację równie szybko, jak się w niej pojawili. Dziewczyna zaprowadziła ich w stronę równie sporego dziedzińca, który Castor miał już okazję oglądać - to tutaj rozegrał arię swymi kolczykami i stukającymi o bruk obcasami, które raz jeszcze rozbrzmiały, zwracając uwagę kilku przesiadujących w okolicy uczniów. Elfowi ani trochę nie przeszkadzała atencja, jaką zdobywał, gdziekolwiek się pojawiał, odpowiadając zainteresowanym jedynie ciepłym uśmiechem i skinieniem głowy. Nie był jednak pewien, jak wygląda to w oczach Beverly - cenił własny komfort, jednak nie chciałby, żeby jego obecność ją krępowała. Zignorował więc kolejnych gapiów, siadając tuż obok towarzyszki na ulokowanej w cieniu ławce, nie musząc zbyt długo czekać, nim ta zaczęła konwersację. 

- Sam malujesz gwiazdy na swojej twarzy? - zapytała, a jej oczy pełne były ciekawości

Elf zawahał się przez chwile, nie do końca rozumiejąc czemu. Nie miał przecież powodu do wstydu, a jasnowłosa zdawała się szczerze zainteresowana poruszonym tematem - potrząsnął więc głową, starając się odgonić natarczywe myśli, by sekundy później przysunąć się zdecydowanie zbyt blisko Beverly, z entuzjazmem wskazując na nieco wyblakłe już, fioletowe gwiazdki.

- No pewnie! Są urocze prawda? - Perlisty śmiech ponownie przeszył dziedziniec. - Robię to już od tak dawna, że sam zdążyłem już zapomnieć, dlaczego w ogóle zacząłem. - Wzruszył ramionami, unosząc dłonie w geście poddania. - Ale nie zamierzam przestawać! Poza tym będziesz prawdopodobnie jedną z pierwszym niezwiązanych ze mną osób, które zobaczą mnie bez nich, wierz lub nie, ale to osiągnięcie. - Odsunął się nieznacznie, w końcu zauważając, jak bardzo naruszył osobistą przestrzeń Beverly. - Jeśli chcesz, mogę cię kiedyś pomalować, przywiozłem ze sobą całkiem sporo kolorowych kosmetyków. - W jego głosie dało się wyczuć nerwową nutę, której pochodzenia sam nie był w stanie zidentyfikować. - Jesteś naprawdę ładna, pasowałyby ci, więc nie musisz się bać! 

Dziewczyna nie odpowiedziała, a przynajmniej nie od razu, jakby opuszczający usta Castora natłok informacji nieznacznie ją przytłoczył. Elf zawstydził się nieco, czując wyrzuty sumienia, jak wiele razy zdążył już wprawić współlokatorkę w stan zakłopotania - znali się zaledwie kilka godzin, powinien bardziej się hamować. Z drugiej strony nie odczuwał jednak wrażenia, jakby zrobił cokolwiek złego - dziewczyna faktycznie była śliczna, brunet nie zamierzał tego ukrywać. Uwielbiał prawić innym komplementy, pomagając dostrzec im cechy, na które sami być może nie zwróciliby uwagi, bądź zwyczajnie nie chcieli uwierzyć. Beverly będzie musiała więc przywyknąć, że nowo poznany towarzysz tak szybko jej nie odpuści. 

- Dziękuję. - Usłyszał po chwili, co natychmiastowo poskutkowało szerokim uśmiechem ze strony chłopaka. 

- Naprawdę nie masz za co. - Odetchnął głęboko, po raz kolejny łapiąc się na tym, że pozwala sobie na zdecydowanie zbyt wiele w stosunku do elfki. - Moja kolej na pytanie. Chociaż będąc szczerym, chciałbym dowiedzieć się jak najwięcej. Zadowolę się więc dowolnym faktem na twój temat. - Uniósł subtelnie kąciki swych ust.


Beverly? Wybacz, że nie jest to najlepsze x.x

Obóz!

 Jesienny obóz jest kontynuowaną od tradycją w Kernow. Uczniowie wszystkich szkół są dobierani  drogą losowania w drużyny i wspólnie muszą wykonywać polecane zadania. Grupą dowodzi jeden lider, który czuwa nad wszystkim i  to on sprawuje władzę podczas wykonywania zadań. 

Uczniowie sypiają w namiotach, jedzą jedynie rzeczy, które sami znajdą i przygotują. Aby ukończyć obóz, trzeba współpracować. Ich celem jest dotarcie do miejsca zaznaczonego na mapie, jednakże bez wykonania czynności zapisanych na kartce, nie zdołają tam dotrzeć.


A więc przed nami kolejny event, czas w którym uczniowie będą musieli wykazać się instynktem przetrwania i umiejętnościami współpracy.


Drużyna Feniksa

Lider: Lyanna

Członkowie: Maven, Colette, Daruma


Drużyna Białych Drzew

Lider: Pearl

Członkowie: Anien, Rowan, Lucien


Event trwa do końca grudnia. 


Wymagania?

Napisanie przynajmniej jednego opowiadania.

Powodzenia!

~Administracja Kernow


poniedziałek, 14 września 2020

Od Darumy cd. Luciena

Ciemne, ogromne skrzydła zasłoniły przeciwległą ścianę pokoju. Na samym początku cofnąłem się o krok, przestraszony widokiem. Pierwszy raz w życiu widziałem coś takiego! Zwykłe, pierzaste skrzydła aniołów czy te błoniaste demonów wydawały się teraz takie marne. Nie myśląc szczególnie wiele, przełamując początkowy strach, podszedłem bliżej i wyciągnąłem dłoń w kierunku towarzysza. Wtedy nieoczekiwanie Lucien pochwycił mój nadgarstek. Wstrzymałem oddech, domyślając się, że zrobiłem coś źle. Niestety, chłopak spóźnił się, a sam zdążyłem przejechać opuszką palca po ciemnej skórze. Na jego twarzy pojawił się grymas.
- Nasze skrzydła są bardzo delikatnie i czułe, więc proszę, nie dotykaj. - To rzekłszy, ciemnowłosy spojrzał mi prosto w oczy. Dziwne uczucie ogarnęło całe moje ciało. Przestąpiłem z nogi na nogę, odwracając nieśmiało wzrok.
- Przepraszam - wyszeptałem. Wtedy zdałem sobie sprawę, że cierpię na podobną dolegliwość. - Potrafię to zrozumieć - dodałem. - Jesienią, kiedy odrasta mi poroże, umieram, jak ktoś próbuje pogłaskać mnie po głowie.
Lucien uśmiechnął się ciepło. Wtedy też rozluźnił uścisk, uwalniając mój nadgarstek. Wyjrzałem za okno. Mówiąc o jesieni - niedługo nadejdzie. Niedługo też pewnie moje rogi zaczną rosnąć. Skrzywiłem się na tę myśl. Na kolejne kilka miesięcy skończy się dotychczasowa możliwość noszenia koszulek. Cykl ciągłego bólu głowy nadchodzi.
Westchnąłem ciężko i odszedłem do okna. Powróciłem myślami do mojego towarzysza. Nieszczególnie wyjaśnił mi problem, jaki go trapi. Według mnie, odpowiedział dość wymijająco. Nie mogłem go jednak zmusić do powiedzenia wszystkiego. Miałem nadzieję, że Lucien opowie mi kiedyś więcej więcej o sobie.
Rozejrzałem się jeszcze raz po pokoju. Fakt, wyglądał dość kobieco. W żaden sposób oczywiście mi to nie przeszkadzało. Moja sypialnia wcale nie prezentowała się lepiej. Cały dworek posiadał bowiem białe ściany, nie inaczej było w mojej komnacie. Pod ścianami stały równie jasne, drewniane meble, a w centrum pomieszczenia znajdował się stos puchatych poduszek. Moje kuzynostwo lubiło to pogardliwie nazywać "pokojem księżniczki". Jednak nieszczególnie to określenie mi przeszkadzało. Moja komnata podobała mi się taką, jaka jest. 
Między mną a Lucienem zapanowała chwilowa cisza. Właściwie nie miałem pojęcia, o czym mógłbym teraz z nim porozmawiać. Swoją drogą - chłopak schował już swoje skrzydła. 
- Czasem wam zazdroszczę - odparłem cicho, spoglądając na ciemnowłosego. 
- Zazdrościsz? - zdziwił się, siadając na łóżku. Zająłem miejsce niedaleko niego, na puchatym dywanie. 
- Tego, że macie dwie nogi - wyjaśniłem. - Możesz usiąść wygodnie czy cofnąć się, nie wpadając na nic. Kuzynostwo nie próbuje usiąść ci na grzbiecie... 
Byłem przyzwyczajony do ciała centaura, czasem jednak to komplikowało moje życie. Nie mogłem zdzierżyć zaskoczonego wzroku uczniów Corvine, kiedy mijałem ich na korytarzu. W końcu - to nie moja wina, że taki się urodziłem. Dlaczego moja mama musiała związać się z kimś, kto należy do innej rasy? Cholerny mieszaniec... 
Spojrzałem na Luciena, który ze zmarszczonymi brwiami wpatrywał się we mnie. 
- Próbowałeś użyć czarów, aby zmienić swoją postać, chociażby na trochę? - zapytał, wstając z miejsca.
- Właściwie to nie... - Nigdy wcześniej o tym nie myślałem. - Masz coś na myśli?

Lucien?
Szablon
Pandzika
Kernow