Tablica

Nadeszła zima, jakiej nawet nasi dziadkowie nie widzieli. Zapasy powoli się kończą, państwa patrzą na siebie coraz bardziej podejrzanym wzrokiem. Uczniowie muszą siedzieć w zimnych i rzadko ogrzewanych pokojach, bo akademię robią wszystko by nie zamknąć swych wrót przez brak pieniędzy. Ludzie w miastach wspierają się jak tylko mogą, jednak nawet to nie pomaga w wyżywieniu rodziny. Wcześniej ludzie nie zwracali uwagi na dziwne zachowanie zwierząt, jednak być może był to zwiastun czegoś nowego? Może ptaki przestały migrować, a stworzenia leśne zbierać zapasów na zimę z powodu jakieś większej sprawy? Pomimo ciężkich warunków, zimy i głodu, niektórzy chcą znaleźć przyczynę całego tego chaosu i szaleństwa. Próbują dotrzeć do miejsca, w które zdaje się, idą wszystkie magiczne stworzenia zamieszkujące nasz świat. Czy jednak jest to bezpieczne?

czwartek, 9 grudnia 2021

Od Eny CD. Hyo

Spotkanie mijało nam w miłej atmosferze. Byliśmy pochłonięci w niezobowiązującej rozmowie przez dłuższą chwilę. W międzyczasie popijałem zamówione piwo kremowe. Jego słodki smak rozgrzewał moje ciało. Uwielbiałem ten smak. Chociaż tutejszy napój różnił się trochę do tego serwowanego w moim domu rodzinnym, był naprawdę przyjemny. Obiecałem sobie, że jeszcze kiedyś w przyszłości na pewno odwiedzę to miejsce. 
Korzenny zapach ogarniał mnie z każdej strony. Siedziałem wsłuchany w opowieść Hyo. Jego głos rozbrzmiewał przyjemnie w moich uszach. Nie odrywałem od niego wzroku, co jakiś czas wrzucając w konwersacje swoje uwagi i spostrzeżenia. Rozmawialiśmy jednocześnie o wszystkim, jak i o niczym. Na miłym spotkaniu czas naprawdę szybko mijał. Nie czułem nawet upływających minut. Nie spostrzegłem, jak na zewnątrz powoli robi się coraz ciemniej. 
Przeprosiłem Hyo i udałem się do łazienki. Chciałem trochę przeczesać włosy przed lustrem. Czułem, że przez cały dzień musiały być już naprawdę splątane. Po skończonej pielęgnacji wróciłem do głównej sali tawerny. Nim jednak zdążyłem dojść do stolika, zatrzymała mnie stojąca za barem pracownica. 
- Siedzący z tobą chłopak prosił, bym przekazała ci wiadomość - poinformowała mnie kobieta. Chwilę później podała mi karteczkę ze zwięzłą wiadomością od Hyo. Chłopak napisał, że coś poważnego mu wypadło i musiał iść. 
Ogarnęło mnie nieprzyjemne uczucie. Dlaczego wampir zniknął, nawet nie żegnając się ze mną? Czy coś zrobiłem źle? Rozmowa kleiła się, spędzaliśmy miło czas. Dlaczego więc Hyo postanowił odejść?
Z towarzyszącymi mi nieprzyjemnymi myślami opuściłem lokal. Właściwie miałem nadzieję, że wieczór spędzę z chłopakiem. Teraz, pozbawiony jakichkolwiek planów nie wiedziałem, co robić. 
Wróciłem więc do akademii. Ciągle po głowie chodziło mi nagłe zniknięcie chłopaka. Czułem się źle. Miałem wrażenie, że to wszystko było moją winą. Z opuszczoną głową zmierzałem w stronę swojego pokoju. Skoro i tak nie miałem co robić, równie dobrze mogłem iść spać. 
- Ena! Zaczekaj! 
Znajomy głos zabrzmiał za moimi plecami. Odwróciłem się pośpiesznie. Wołał mnie jeden z nauczycieli. 
- W czym mogę pomóc, panie profesorze? - zapytałem, zmuszając się do uśmiechu. 
- Zauważyłem, że ostatnio spędzasz wiele czasu na treningach, co powiesz na kilka dodatkowych ćwiczeń? - zaproponował elf. Od mężczyzny biła pełna ekscytacji aura. Nie potrafiłem odmówić. 
Nauczyciel jednym ruchem rozpalił wszystkie światła na arenie treningowej. Chwilę później przystąpiliśmy do ćwiczeń.
Na spotkanie z Hyo nie brałem swojej broni, więc profesor użyczył mi swojego miecza. Pod jego czujnym okiem wykonywałem kolejne polecenia. 
- Teraz w prawo - padały instrukcje. - Przyśpiesz, przyśpiesz! 
Niczym w transie pozostawiałem skupiony na kukle treningowej. Podświadomie wyładowywałem na niej swoją frustrację. Nie dałem tego po sobie poznać, ale właściwie byłem zawiedziony zachowaniem Hyo. Nawet, jeśli coś mu się nie podobało, dlaczego potraktował mnie w tak okropny sposób? Całe spotkanie właściwie nie zapowiadało się być taką klęską. Zachowywaliśmy się tak, jak zwykle. Nie potrafiłem więc zrozumieć podejścia wampira. 
Rozumiałem, że mogło się coś stać. Życie bywa istnym kołem fortuny, loterią, na której wygrywają lub przegrywają przypadkowi ludzie. Ale Hyo wiedział, gdzie jestem. Poinformowanie mnie bezpośrednio zajęłoby mu jedynie kilka sekund więcej! 
Miecz przebił się na wylot słomianej kukły. Z zamyślenia wyrwało mnie klaskanie. 
- Świetna robota, Ena! - Z ust profesora padła pochwała. - Robisz widoczne postępy. Niedługo dogonisz swoich braci. 
Myśl o braciach lekko polepszyła mój nastrój. Zmusiłem się do lekkiego uśmiechu. 
- Dziękuję, robię, co w mojej mocy - odpowiedziałem, lekko kłaniając się z szacunkiem. 
Omówiłem jeszcze z nauczycielem kilka pomniejszych technik, po czym zwolniony z dalszego treningu wróciłem do akademika. Podziękowałem profesorowi za poświęcony czas. Ćwiczenia trochę mnie uspokoiły. Dzięki nim trochę się uspokoiłem i poukładałem myśli. Postanowiłem poczekać na osobiste wyjaśnienia Hyo. Miałem nadzieję, że chłopak jak najszybciej opowie mi, dlaczego zniknął bez słowa i zostawił mnie jedynie z podłą karteczką.
Lekko poirytowany zaszedłem do stołówki po kolację. Z każdym gryzem suchej kanapki czułem już ulatniający się słodki posmak kremowego piwa. Ten dzień zapowiadał się tak przyjemnie, a kończył się tak podle... 

<Hyo?>

Od Darumy CD. Luciena

Moje ciało drżało z zimna. Chłód jaskini otaczał mnie z każdej strony. Na szczęście okalające mnie skrzydła  Luciena choć trochę osłaniały moje ciało przed zimnem. W akompaniamencie stukającego o kamienie deszczu, zasnąłem wtulony w bok ciemnowłosego chłopaka. 
O poranku obudził mnie delikatny ruch ze strony towarzysza. Lucien właśnie wstał, najpewniej przebudzony przez wkradające się do jaskini promienie słońca. Odsunąłem się od niego nieznacznie, aby nie przeszkadzać mu z wyprostowaniem się. 
Chłopak jednak z nieznanego mi powodu, miał trudność z przyjęciem pionowej postawy. Przez chwilę kołysał się we wszystkie strony, niczym pozbawiony zmysłu równowagi. Fakt, wyglądało to dosyć komicznie, ale powstrzymałem nasuwający się na moją twarz uśmiech. 
Sekundę później Lucien zniknął z mojego pola widzenia. Okazało się, że brak oparcia spowodował niespodziewany upadek prosto w śnieg. Chłopak mrucząc coś pod nosem, podniósł się i otrzepał z białego.
- Ani waż się ze mnie śmiać. 
Z trudem nie zareagowałem cichym chichotem. Podszedłem do Luciena, uśmiechając się do niego serdecznie. 
- Nie miałem takiego zamiaru! - zapewniłem, choć zdawałem sobie sprawę z małej nieszczerości tych słów. 
Skierowałem się w stronę wyjścia do jaskini. Jednak, nim się obejrzałem, sam straciłem oparcie. Cztery nogi jak tyczki właściwie nie ułatwiały poruszania się. Gładka, pokryta lodem powierzchnia pieczary znacząco utrudniała chodzenie. Szybko, podobnie jak Lucien, straciłem oparcie, lądując na ziemi. Moje nogi rozjechały się we wszystkich kierunkach. 
Dłuższą chwilę męczyłem się, aby odzyskać oparcie. Kopyta ślizgały się po cienkiej warstwie lodu. Wczoraj w nocy deszcz oblał wszystko, a zimna temperatura nocą zrobiła nam psikusa, zamrażając wodę. 
Z trudem wstałem i wyprostowałem się. Rzuciłem też zirytowane spojrzenie Lucienowi, który również odzyskał już równowagę i nie mógł powstrzymać się ze śmiechu na drugim końcu jaskini. Prychnąłem cicho na ten widok.
- Podejdź tutaj, skoro jesteś taki mądry!
Chłopak szybko spoważniał i powoli, niepewnie przesuwając się po ziemi zaczął się do mnie zbliżać. Będąc już całkiem blisko, ponownie się poślizgnął. Tym razem jednak wpadł prosto na mnie. Nim sę obejrzeliśmy, obydwoje leżeliśmy na zimnym podłożu. 
- Moje gratulacje - zaśmiałem się, starając się ponownie odzyskać pion. Lucien zaczął podnosić się w tym samym czasie i skończyło się na tym, że ponownie obydwoje nie daliśmy rady się podnieść. 
- A więc tak umrzemy - skomentowałem rozbawiony. - Nie mogąc wstać. Musimy poczekać na wiosnę. 
- Przesadzasz! - odparł ciemnowłosy chłopak. Wydawał się być w równie dobrym nastroju. 
Powoli, współpracując wspólnie udało się nam wstać. Wspierając się o siebie skierowaliśmy się do wyjścia z jaskini. 
W pierwszej chwili owiał mnie zimny wiatr. Położyłem po sobie uszy, mrużąc oczy. Jasne słońce rzucało swoje promyki na leżące wszędzie zaspy śniegu. W związku z tym stały się one wizualnie jeszcze bielsze. Na tyle, że ciężko było na nie patrzeć. Chwilę trwało, nim się przyzwyczaiłem. 
Wsparty o Luciena, zaczęliśmy się kierować w stronę obozu. Z trudem stawiałem kolejne kroki. Mróz szczypał moje kopyta, które zanurzały się w głębokie zaspy. Musiałem się rozgrzać. Podskoczyłem kilka razy, wykonując parę susów do przodu, wyprzedzając ciemnowłosego. Lucien widząc to, również przyspieszył kroku, doganiając mnie. Skończyło się na krótkich wyścigach w śniegu. Ta mała rozgrzewka sprawiła, że zrobiło mi się chociaż trochę cieplej. 
Zacząłem łapać oddech. Zimne powietrze ogarnęło moje płuca. Czułem, że prędzej czy później skończę na poważnym przeziębieniu. Z moich ust unosiła się delikatna mgiełka. 
Rozejrzałem się po okolicy. Znajdowaliśmy się w lesie. Gałęzie drzew pokryła szadź. Największe wrażenie robiła pobliska wierzba płacząca. Jej długie, gęste gałązki spływały ku ziemi, całe otulone białym śniegiem. To zdecydowanie widok, który zapierał dech w piersiach. 
Podszedłem bliżej, zanurzając się pomiędzy biały baldachim. Lucien oczywiście ruszył za mną. Ze względu na swój wzrost, nawet pomimo schylenia się, zaczepił o pojedyncze gałązki. Naruszone nagłym trąceniem, zsypały zaległy śnieg prosto na głowę chłopaka. 
Z uśmiechem na ustach podszedłem do niego i pomogłem z pozbyciem się białego puchu z włosów. Moje dłonie zanurzyły się w ciemne kosmyki, kontrastujące na tle mlecznej natury. 

<Lucien?>

środa, 8 grudnia 2021

Od Hiromaru CD. Neriny

Człowiek zrobi tylko jeden krok poza obręb wioski, i od razu tyle się uczy. Prawda, że choć całe życie mieszkałem blisko wody, a wszystko to, co w niej żyło, nie było mi obce, jednak syreny nie widziałem nigdy w życiu. Pewnie, starsze kobiety z wioski, gdy byłem jeszcze małym brzdącem, opowiadały mi baśnie i legendy, w nich zaś aż roiło się od niezwykłych stworzeń - wśród nich były i syreny. Te jednak zazwyczaj stały po przeciwnej stronie barykady - mamiły żeglarzy śpiewem, obiecywały niesamowite rzeczy, byle tylko człowiek podszedł bliżej czarnej wody. A gdy już się zbliżył, wtedy wciągały w topiel i o nieszczęśniku słuch ginął.
Nerina zdecydowanie nie wyglądała na tego typu syrenę. Nim zdążyłem zastanowić się nad tym, że to trochę niestosowne, wzrok sam uciekł mi do łuskowanego ogona. Cóż, wychowałem się w wiosce, nie na salonach, czasem zdarzało mi się zachować jak wieśniak.
Jaskinia, częściowo zalana, straszyła klaustrofobicznie napierającymi ścianami, ich grafitowe krawędzie zdawały się stworzone wyłącznie do tego, by zranić nieopatrznie opierającego się o nie śmiałka. Słona woda rozbijała się szemrzącymi falami, echo biegło wzdłuż zaciemnionych korytarzy, powracało by musnąć kark lodowatą dłonią. Zadrżałem, czując ten upiorny kontrast pomiędzy tym, co na zewnątrz, a tym, co w jaskiniach. Wydawały się odrębnym światem - twardym, zimnym, nieprzyjaznym. Myślałem o tym, jaki los spotkał zaginionych mężczyzn i co musieli przeżywać, zgubiwszy się w tak nieprzyjaznym środowisku. To nie były miłe myśli.
Słowa Neriny osiadły mi zimną gulą gdzieś w okolicach brzucha.
— Nie jestem pewien — odpowiedziałem szczerze, zacisnąłem lekko usta.
Isagomushi wylądował na moim ramieniu, trącił mnie nosem. Wiedział, że gdy nie widziałem od razu prostego rozwiązania problemu, miałem tendencje do wycofywania się z całego przedsięwzięcia i - cóż - albo zwalania go na kogoś innego, albo porzucania projektu w całości. Problem był tylko taki, że tym razem zdecydowanie nie mogłem porzucić projektu, ani zwalić wszystkiego na Nerinę. Co byłby ze mnie za mężczyzna, gdybym zrobił coś takiego?
W zamyśleniu przeczesałem przemoczone włosy, i wtedy w mojej głowie zrodził się pomysł. Przecież nie byliśmy sami, a Isa nie był jedynie dekoracją. Nie wtedy, kiedy wokół było tyle wody, która stanowiła jego żywioł.
— Wiesz co, możemy puścić Isagomushiego przodem. On bardzo szybko pływa i może sprawdzić, czy w dalszej, niezalanej jeszcze części tuneli są jakieś znaki, których nie zmyła woda. To się musi udać, nie ma innej opcji.
To mówiąc, spojrzałem na swojego żółwia. Mimo niewielkich rozmiarów był wielki sercem, i gdy trzeba było dokonać czegoś trudniejszego, Isa dawał z siebie wszystko.
— Płyń. I znajdź dalsze znaki. Musimy uratować tych ludzi.
Żółw skinął mi głową i zanurkował w zimną toń.
Ja zaś westchnąłem, utkwiłem wzrok w wodzie. I czekałem.

Od Hiromaru CD. Mavena

— Chętnie, świetny pomysł — odparłem.
Należałem do tych osób, które zawsze wrzuciłyby coś na ząb, więc perspektywa jeszcze jednego posiłku zdecydowanie pozytywnie mnie nastrajała.
Będąc dzieciakiem z wioski w środku niczego, nie widywałem zbyt wielu innych osób posiadających własne demony. Co prawda w Sarlok się to zmieniło - miałem okazję zobaczyć mnóstwo niezwykłych istot - jednak nadal nie potrafiłem się powstrzymać, by chociaż nie popatrzeć przez dłuższy czas. Obie istoty robiły wrażenie, ja zaś starałem się nie mieć wyrzutów sumienia ani kompleksów - na tym tle Isa przypominał bardziej pluszową maskotkę, niż demona z prawdziwego zdarzenia.
— Jak się nazywają? — spytałem, gdy czekaliśmy, aż w kuchni przygotują nam posiłek.
— To jest Deva — Maven wskazał dłonią olbrzymią panterę, która pojawiła się u jego boku.
Sierść miała płową, jasną, może dlatego moje oczy od razu podążyły do tych licznych, zdobiących ją plamek. Zaraz też zwróciłem uwagę na prawą, przednią łapę - miała zupełnie odmienne, czarne zabarwienie tchnące płomienistą czerwienią. Zdawała się utworzona z jakiejś innej, nierzeczywistej materii.
— A to Artis.
Teraz mój wzrok podążył do drugiego z demonów, przypominającego dostojnego ni to łosia, ni to jelenia. Co prawda stopiona z rozłożystymi rogami biała czaszka okrywająca jego łeb, a także płomieniste pasy zdobiące boki wywoływały we mnie lekki niepokój, jednak w Artisie było coś takiego, co kazało nie bać się demona.
— Nie przedstawiłeś mi jeszcze swojego — odpowiedział Maven, krzyżując ramiona na piersi i przenosząc wzrok na wciąż spoczywającego na moim ramieniu żółwia.
— To Isagomushi.
Na dźwięk swojego imienia Isa poderwał się, zrobił niewielkie kółko wokół mojej głowy, jak to miał w zwyczaju.
W tym momencie nasze posiłki były już gotowe, skończył się czas oczekiwania i mogliśmy wziąć się za jedzenie. Deva zajęła miejsce po drugiej stronie stołówki, dobiegało nas tylko nieco mokre mlaskanie przeżuwanego, surowego mięsa i upiorne chrupanie miażdżonych kości. Artis dołączył do nas, posilając się z miski pełnej czegoś, co bez problemu mogło uchodzić za sałatkę warzywną. Wśród liści sałaty dostrzegłem pomarańczowe słupki marchewki, kawałki pietruszki, selera i nawet nieco jabłka do smaku. Isa - stosownie do swych rozmiarów - ciamkał długie pasma ciemnych wodorostów z niewielkiej salaterki. Wybierał kawałki małych krewetek i te kilka schowanych na dnie małż.
— Nie zdążyłem w końcu spytać — Maven wrócił do rozmowy, nabierając nieco jedzenia na widelec. — Co potrafi twój demon?
No i tu pojawiał się problem. Zapobiegliwie wgryzłem się w swojego tosta, dałem sobie nieco czasu, by przeżuć, przełknąć, nim się odezwałem.
Bo Isa nie potrafił generalnie nic. Nie chciałem jednak mówić tego na głos, nie zrobiłbym mu czegoś takiego. Poza tym - po to przecież tutaj byłem. Żebym i ja się czegoś nauczył, i Isa stał się silniejszy. Sam przecież potrafiłem tylko zmusić nieco wody, by robiła to, co chciałem, jednak moja moc pozostawiała wiele do życzenia. Wody nie było jakoś dużo, nie robiła też niewiadomo czego, nie byłem pewien, czy zdołałbym się w ten sposób sensownie obronić. Nie miałem do końca pomysłów, jak tą moją umiejętność zastosować w walce, refleks miałem raczej słaby, a na widok zagrożenia, zapewne najpierw by mnie wmurowało. A potem - bym uciekał.
— Isa bardzo dobrze i szybko pływa, potrafi też lewitować w powietrzu, niczym w wodzie — odparłem, odkładając tosta, biorąc do ręki szklankę z sokiem. — Poza tym ma bardzo przyjazny i pogodny charakter. Może jest nieco nieśmiały w stosunku do obcych, ale jak już się przyzwyczai, to dusza towarzystwa.
Maven rzucił mi nieokreślone spojrzenie.
— A co z tobą? Masz już jakieś doświadczenie.
Zamaskowałem skrępowanie śmiechem. Tak, to było kolejne pytanie z serii niewygodnych, ale cóż miałem zrobić?
— Nie za dużo. Potrafię sprawić, by nieco wody było mi posłuszne, ale nie jest tego wiele i - co tu dużo mówić - w walce nie próbowałem tego jeszcze stosować. Do tej pory udawało nam się z Isą unikać konfliktów, więc moje „zabawy" z wodą to właśnie tylko zabawy.
Maven westchnął, pokiwał głową.
— Każdy gdzieś zaczyna — rzucił. — Jeśli byś chciał, to mógłbym pomóc ci z nauką - tak po lekcjach. Trochę dodatkowych ćwiczeń ci pomoże i poza tym - to nie na ocenę, więc nie musiałbyś się tym stresować.
Uniosłem brwi, szczerze i pozytywnie zaskoczony. Miałem też kolejny argument na to, by nie słuchać niczego, co tam ludzie plotkują o innych na korytarzach.
— Jeśli by ci to nie przeszkadzało, to jasna sprawa — powiedziałem, nie próbując nawet powstrzymać uśmiechu od ucha do ucha, który pojawił się na mojej twarzy. — Dzięki!

wtorek, 7 grudnia 2021

Od Neriny CD. Fenrysa

Pokiwałam głową i ruszyliśmy do Corvine. Tuż przed akademikiem zauważyłam Luciena. Spoglądał na mnie i Fenrysa. Pomachałam mu energicznie na przywitanie. Chłopak powoli mi odmachał. Fenrys tylko rzucił na niego spojrzenie ukradkiem, po czym zaczął iść szybciej. Przez to, że nowy koleżka był wyższy ode mnie i robił większe kroki, ledwo dotrzymywałam mu kroku. W pewnym momencie zaczęłam wręcz biec. Jeszcze trochę i bym upadła, a chłopak wlókłby mnie po ziemi. 
Zatrzymał się tuż przed drzwiami akademiku i zapytał, czy ma ze mną iść dalej. Pokręciłam przecząco głową i podziękowałam mu za odprowadzenie mnie, uśmiechając się do niego. W sumie to dziwnie się czułam, że nie mogłam mu jeszcze jakoś podziękować. Słowa to było dla mnie za mało. Gdy chłopak chciał odsunąć się ode mnie i pójść sobie, przytuliłam go. Był pewnie na początku lekko zaskoczony, ale później sam mnie przytulił. Był pierwszą osobą w Kernow, którą przytuliłam. W sumie zasługiwał na to, ponieważ był dla mnie miły. Po dłuższej chwili odsunęłam się od niego i jeszcze raz podziękowałam, po czym weszłam do akademika.
Byłam ciekawa, czy jeszcze będzie mi dane go spotkać, czy to było tylko jednorazowe.

***

Kilka dni później przyszła do mnie moja siostra Selina, aby zaprosić mnie na imprezę na statku ojca. Mieli opić to, że znaleźli jakiś bardzo cenny skarb i jak zawsze z tej okazji byłam zaproszona, aby się z nimi napić i zabawić. Tym razem jednak zaproszenie nie było tylko dla mnie, a również dla moich przyjaciół. Szkoda, że tak naprawdę żadnych w Kernow nie miałam. Znałam kilka osób, ale nie mogłam ich nazwać kimś bliższym dla mnie. W sumie to myślałam o Fenrysie, ale nie byłam pewna, gdzie go mogę znaleźć. Postanowiłam jednak pójść najpierw na miasto, a później na imprezę. Wzięłam jednak ze sobą torbę i sukienkę, aby się w nią przebrać. Na ręce założyłam srebrne bransoletki, a na szyję srebrny naszyjnik z serduszkiem dany mi przez ojca.
W mieście przystanęłam przy bibliotece. Przez okna widziałam regały z wieloma książkami. Postanowiłam tam wejść. Przy jednym z regałów ku mojemu zaskoczeniu zauważyłam Fenrysa.
— Hej — przywitałam się, podchodząc do niego. — Nie sądziłam, że cię tu spotkam. Szukasz jakieś książki?
— Szukam jakieś o mocach uzdrawiania u aniołów — powiedział.
— Po co ci to? — zapytałam. — Jesteś aniołem? — zapytałam zaciekawiona.
— Tak jakby. Jestem nim w jednej trzeciej — odpowiedział.
— A czym jeszcze jesteś? Przepraszam, jeśli to za bardzo wścibskie.
Chłopak spojrzał na mnie i przez chwilę się zastanawiał. Już chciałam mu powiedzieć, że nie musi mówić, ale w tym momencie powiedział.
— Mam krew anioła, fae i zmiennokształtnego — powiedział.
— W takim razie oboje jesteśmy dziwnymi mieszankami. 
Fenrys nic nie mówił.
— Chciałam cię o coś zapytać — zaczęłam. — Może chciałbyś iść ze mną na piracką imprezę? Taką na statku z rumem. Moja siostra mnie zaprosiła i będzie ucieszona, jeśli wezmę ze sobą jakieś towarzystwo.

<Fenrys?>

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Od Fenrysa CD. Neriny

 Musiałem przyznać, że do tej pory nie wiedziałem jak wyglądało życie wśród syren. Moja edukacja jeśli chodzi o rasy jest bardzo zwężona, jednak z dnia na dzień uczyłem się coraz więcej rzeczy. Każdą osobę leczyło się inaczej ze względu na jego rasę i budowę, dlatego też te informacje były dla mnie tak ważne. 

- Czasem rodziny zrobią wszystko by uratować i podtrzymać reputację swojej rodziny - mruknąłem, wpatrując się w drogę pod nami. - Czasem takie małżeństwa kończą się źle ale czasem i ratują życie. Służyłem u pewnej kobiety, która siłą została wydana za mąż. Jej rodzice robili wszystko, by ich znienawidziła i nie chciała wrócić do domu. Jak się później okazało jej ojciec miał wielkie długi i gdy grupa ludzi poszła je unormować nie było jej w domu. Zostali zabici a mąż którego tak nienawidziła stał się dla niej bezpieczną ostoją, która uratowała jej życie. Oczywiście czuła żal, że nie było jej z nimi jednak cieszyła się, że żyła.

Dziewczyna zamilkła, nie odpowiadając mi. Czułem, że sama właśnie stanęła przez tym problemem i nie mogłem jej oceniać. Być może miała duże argumenty by nie chcieć tego ślubu, pewnie wiedziała o wiele więcej o swoim wybranym partnerze niż ja. 

- Ja nigdy nie myślałem o małżeństwie, myślę, że nadal do tego nie dorosłem. To bardzo ważna decyzja, która powinna być planowana przez dłuższą chwilę, a nie przez kaprys. - odparłem. - Przecież wiążemy się z kimś innym na całe życie. Kto chciałby spędzić życie z niewłaściwą drugą połową duszy?

Jej wzrok uporczywie wpatrywał się we mnie, co po chwili sprawiło, że czułem się nieco nieswojo. Nie wiedziałem czy to przez jej ciekawość czy przez mój za długi język. Potarłem się dłonią po karku. Pomimo już długiego czasu od kiedy jestem wolny nadal mam problemy w relacjach międzyludzkich. 

- Do której szkoły chodzisz? - staliśmy na rozdrożu i przypomniałem sobie, że nawet nie zapytałem gdzie idziemy. Chciała w końcu żebym odprowadził ją do szkoły.

- Do Corvine. - zerknąłem na nią kątem oka i zdałem sobie sprawę, że nie musiałem wcale zadawać jej tego pytania. Była dość elegancko ubrana, co doskonale ukazywało jej status. Dziwiłem się, że chodziła w tym ubraniu wieczorem po ulicach, na których grasowało tylko złodziei. Tylko czekali by sprawdzić co w kieszeniach trzymają takie dziewczyny jak ona. 

- A więc w drogę?


<Nerina? Przepraszam za długość, następne będzie dłuższe!>

Od Neriny CD. Hiromaru

Pokiwałam głową. Hiromaru miał rację z tym, że te jaskinie mogą być ogromne. Zastanawiałam się tylko, czy jest do nich przejście tylko pod wodą, czy było też jakieś na lądzie. Był czas przypływu, więc wejście prawdopodobnie było zalane. 
Przeszliśmy się wokół klifu, aby poszukać wejścia. U podnóża, tam gdzie o klif uderzały fale morza, zauważyliśmy jaskinie. Byłam ciekawa, czy ta jaskinia jest tak zalana, że ją przepłynę, czy też sięga tylko do kostek. Liczyłam na tą pierwszą opcję, bo inaczej wyglądałabym jak ryba w kałuży. Gdy podeszliśmy bliżej, okazało się, że wejście do jaskini jest całkowicie pod wodą. Mieliśmy, więc mało czasu. 
Kazałam chłopakowi się obrócić. On zaskoczony zrobił to, co kazałam. Wtedy zaczęłam ściągać z siebie ubrania i weszłam do wody. Dałam mu znać, że może się już odwrócić do mnie, gdy moje ciało zostało pokryte łuskami, a nogi zamieniły się w ogon. 
Chłopak obrócił się w moją stronę i zamrugał parę razy zaskoczony, ale w tym zaskoczeniu kryło się coś jeszcze, jakby zachwyt. Widocznie rzeczywiście pierwszy raz widział syrenę. W sumie to mu się nie dziwiłam. Sama wiedziałam, że jako syrena wyglądam zjawiskowo. Zazwyczaj to mroczne syreny z głębin miały czarne ogony. No i one były brzydsze i bardziej przerażające. Mój jednak był taki jak mojej mamy, tylko czarnej barwy ze złotymi plamkami. Iście królewsko to wyglądało. 
Hiromaru zdjął z siebie spodnie i wszedł powoli do wody. Gdy już się cały zanurzył, popłynęłam do jaskini. 
Rzeczywiście normalnemu człowiekowi dostanie się tam sprawiłoby problem, jednak dla mnie i chłopaka nie było to takie trudne. Jaskinia była do połowy wypełniona wodą. Na najwyższym miejscu w niej znaleźliśmy oznaczenie na ścianie. Byłam pewna, że zostawili je mężczyźni, których szukamy. Pewnie chcieli oznaczyć drogę w razie powrotu. Musiało być ich więcej, ale resztę zmyła pewnie droga.
W jaskini mieliśmy do wyboru trzy przejścia: po lewej, po środku i po prawej. Nie chciałam się rozdzielać, ponieważ mogliśmy się zgubić. Sieć tych jaskiń była bardzo skomplikowana. Kazałam Hiromaru zostać na miejscu, a sama popłynęłam na początek lewego korytarza. Szukałam jakiś znaków, że mężczyźni tędy szli, jednak nie znalazłam żadnej. Widocznie woda już się podniosła o tyle, że je zmyła. 
- Co teraz robimy? - zapytałam. - Masz jakiś pomysł, jak znajdziemy właściwą drogę? Mamy aż trzy możliwości, a jeśli źle trafimy woda może się podnieść jeszcze bardziej do tego czasu.

<Hiromaru?>
Szablon
Pandzika
Kernow