Gotowali nam w Ardem i – no nie powiem – całkiem znośnie. Posiłki były takie, jak lubiłem – duże, tłuste, i zawsze można było brać dokładkę mięsa. Ale miałem wrażenie, że ostatnimi czasy albo te porcje się jakby zmniejszyły, albo to ja coraz więcej i intensywniej się ruszam, bo te pięć posiłków dziennie przestało mi wystarczać. Albo może moje ciało w końcu uświadomiło sobie, że smok składa się nie tylko z ogona, skrzydeł i rogów, że powinien mieć też paszczę, a owa paszcza – że powinna ziać ogniem. Może to stąd brał się mój przemożny głód? Może dorosłem już na tyle, by w końcu móc spopielić przeciwnika?
W głębi serca na to liczyłem, bo dokładnie tego brakowało mi w mym arsenale. Potrafiłem już wiele, więcej sparingów odbywałem z instruktorami, nie zaś z mymi rówieśnikami, zaś perspektywa na „po Akademii" wyglądała dość dobrze. Zamierzałem w końcu rozpocząć karierę wojskową – mama byłaby dumna.
Wracając jednak do męczących mnie napadów głodu – akurat tamtego dnia miałem zajmować się Winny, a dobrze wiedziałem, że po południu będę już na tyle głodny, że dziewczynka będzie wyglądać smakowicie. Dlatego też postanowiłem, że połączę przyjemne z pożytecznym i to popołudnie spędzę z Winny w kuchni.