Tablica

Nadeszła zima, jakiej nawet nasi dziadkowie nie widzieli. Zapasy powoli się kończą, państwa patrzą na siebie coraz bardziej podejrzanym wzrokiem. Uczniowie muszą siedzieć w zimnych i rzadko ogrzewanych pokojach, bo akademię robią wszystko by nie zamknąć swych wrót przez brak pieniędzy. Ludzie w miastach wspierają się jak tylko mogą, jednak nawet to nie pomaga w wyżywieniu rodziny. Wcześniej ludzie nie zwracali uwagi na dziwne zachowanie zwierząt, jednak być może był to zwiastun czegoś nowego? Może ptaki przestały migrować, a stworzenia leśne zbierać zapasów na zimę z powodu jakieś większej sprawy? Pomimo ciężkich warunków, zimy i głodu, niektórzy chcą znaleźć przyczynę całego tego chaosu i szaleństwa. Próbują dotrzeć do miejsca, w które zdaje się, idą wszystkie magiczne stworzenia zamieszkujące nasz świat. Czy jednak jest to bezpieczne?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bastian x Maebh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bastian x Maebh. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 czerwca 2022

Od Bastiana cd. Maebh

Maebh zwinęła się w kłębek na ziemi, ja zaś usiadłem nieco wygodniej, wpatrując się w ogień. Jego hipnotyczny taniec szybko sprawił, że sam zacząłem robić się senny, zaś promieniujące od niego ciepło nie ułatwiało mi sprawy. Złapałem się na tym, że mrugam coraz wolniej, że głowa sama mi się kiwa i coraz trudniej zachować mi skupienie. Tak nie mogło być.
Nie miałem pojęcia, co mogło czaić się w ruinach. Najpewniej od dawna były opuszczone – w końcu nic tu nie rosło, znikąd nie dało się zdobyć jedzenia, więc żadne drapieżniki ani potwory nie powinny tu przebywać. Jednak przezorny zawsze ubezpieczony, ja zaś nie zamierzałem być lekkomyślny lub niedbały. Szczególnie, że miałem Maebh pod opieką.
Miałem ochotę zerwać się z ziemi, zrobić trochę pompek i przysiadów, może przebiec parę kółek wokół ogniska, byle rozruszać nieco krew w żyłach, ale nie chciałem obudzić dziewczyny. Sen był jej potrzebny, na pewno była już zmęczona. Ja byłem po części smokiem, w Ardem też nikt się ze mną nie patyczkował, potrafiłem dużo znieść, ale ta wyprawa i mnie dała się już we znaki. Dlatego też wstałem po cichu ze swojego miejsca, przeszedłem się nieco wokół ogniska. Rozprostowałem skrzydła, pozwoliłem im wyciągnąć się na całą ich rozpiętość. Rzucały głęboki, czarny cień, ciągnący się daleko między opuszczone od dawna, zrujnowane budynki. Odwróciłem wzrok od ognia, rozszerzyłem nieco źrenice, starając się wzrokiem przebić mrok.

piątek, 6 maja 2022

Od Maebh CD. Bastiana

Starożytne miasto wyglądało naprawdę niesamowicie. Ciężko było nie odnieść wrażenia jakby cofnęło się w czasie. Dodatkowo klimatu dodawała otaczająca nas ciemność oraz śmiertelna cisza przerywana echem naszych kroków. Z zachwytem przyglądałam się każdej ścianie, szczelinie, domowi. Oczami wyobraźni widziałam ludzi niegdyś tutaj mieszkających, którzy toczyli tutaj zwyczajne życie oraz gromadki dzieci bawiące się w berka pomiędzy uliczkami, które tętniły ich śmiechem. I nagle, któregoś dnia to wszystko po prostu się skończyło. Miasto ucichło, a budynki okryły się kurzem. Nie wiedzieć czemu ta myśl przysporzyła mnie o jakieś ukłucie w sercu. Jednak powody obumarcia mogliśmy zostawić tylko naszym domysłom. Kto wie, może te miejsce dotknęła jakaś epidemia, może ludzie musieli z jakichś względów opuścić swój dom, a może miasto obumarło samoistnie. Smutne musiały być lata życia ostatniej osoby, która tutaj mieszkała.
Na szczęście ten stan zadumy nie trwał długo. Do poprawy humoru wystarczył tylko Bastian oraz odrobina kurzu wzbitego w powietrze. No, może trochę więcej niż odrobina.

czwartek, 31 marca 2022

Od Bastiana CD. Maebh

Jest coś w tym, jak dziewczyna nosi twoją bluzę.
Przekonuję się o tym, gdy Maebh idzie obok mnie - normalnie nie mam problemu z tym, że ktoś nosi moje ubrania. To znaczy, kiedy mu na to pozwolę. Prawda, większość osób w nich tonie, więc zazwyczaj jest to zabawne. I z Maebh mojej bluzie też nie mam problemu - to na pewno - ale po prostu jest jakoś tak… inaczej. Staram się na tym nie skupiać, mamy przecież misję do wykonania. Ale nie spodziewam się, że sama Maebh pomoże mi w oderwaniu myśli od całej tej bluzy.
W jednej chwili podziwiam ruiny niezbadanego miasta rozciągające się przed naszą dwójką, w kolejnej zaś Maebh rzuca się z urwiska i po prostu sobie leci. Wiem, że potrafi latać, nie wątpię w jej umiejętności, ale to co najmniej ryzykowne i poza tym - dopiero co dostałem po uszach za podobną akcję. Za rzucanie się gdzieś bez sprawdzenia, co tam się w ogóle czai i co się stanie, jeśli się to zrobi.

czwartek, 24 marca 2022

Od Maebh cd. Bastiana

Nie chciałam tracić czasu na zmienianie ubrań. Równie dobrze przecież wszystko mogło wyschnąć dalej, na trasie. Jednak za namową Bastiana, oraz odczuwanego powoli chłodu na ramionach, uległam temu pomysłowi. Chłopak zostawił mi swój plecak i zgodnie z moją prośbą oddalił się. Ja w tym czasie miałam chwilę aby zastanowić się, w co tak naprawdę się przebrać. Mój towarzysz zaproponował podzieleniem się własną odzieżą, ale mimo najszczerszych chęci, to nie mogło się udać. Zdecydowałam się jednak nie rezygnować na starcie i chociaż spróbować coś wykombinować. Otworzyłam jego plecak aby zorientować się, co mam do dyspozycji. Nie było mowy o spodniach, zagryzłam tylko dolną wargę żeby nie parsknąć śmiechem. Zdecydowanie wyglądałabym w nich jak krasnal. Spróbowałam jakoś wysuszyć mój bagaż, ale jedynie druga para spodni nadawała się do użytku. Reszta była zbyt zimna, a na nogach byłam w stanie to jako tako przecierpieć. Niestety, ale mój podmuch wiatru był tylko zimny, nie mogłam panować nad jego temperaturą. Koniec końców musiałam coś pożyczyć z szafy Bastiana. Padło na ciepłą bluzę, która sięgała mi niemalże kolan. Wyglądałam w niej jak w worku, ale po dodaniu paska nie było tak źle. Wysuszyłam rzeczy jeszcze raz na tyle ile się dało, wycisnęłam z włosów większe pokłady wody i ruszyłam na poszukiwania Bastiana.

piątek, 11 marca 2022

Od Bastiana cd. Maebh

Zjedzenie czegoś zawsze dobrze na mnie wpływało, i teraz jest tak samo. Wiadomo, jak smok jest głodny, to jest zły, dlatego najlepiej nakarmić go jakąś tłustą owcą. Nasz odpoczynek nie trwa jednak długo, po krótkim czasie trzeba nam ruszać dalej. Te jaskinie nie działają na mnie dobrze, mam już trochę dosyć przebywania w nich, zaś wiszący mi nad głową kamienny sufit niczego nie ułatwia. Smoki lubią mieszkać w jaskiniach i głębokich pieczarach, ale czasem z nich wylatują, prawda? Ja na razie nie mam tej możliwości, muszę wykonać misję i tyle.
Nie zdążam powstrzymać Maebh, nim przechodzi przez wodną kurtynę - moje słowa, choć głos mam mocny, kompletnie toną w huku spadającej wody, a dziewczyna przechodzi na drugą stronę. Dołączam do niej.
Maebh wygląda tak bardzo inaczej, gdy jej puszyste włosy zmieniają się w ociekające wodą, długie strąki, że potrzebuję całej swojej siły woli, by się nie roześmiać albo nie stać oniemiały.
— Trzeba cię wysuszyć! — mówię, próbując przekrzyczeć ten przeklęty wodospad.
— Co? — usta Maebh poruszają się, ale nic nie słyszę.
Kręcę głową, skinieniem dłoni przekazuję, żebyśmy kawałek odeszli.
Wiem, że woda bardzo szybko wyciąga ciepło z ciała, zabiera siły i energię. Niewiele trzeba, by się przeziębić, zaś w tych jaskiniach nie jest zbyt ciepło. Odchodzimy kawałek, korytarz zakręca za skalny załom. I chociaż nie ma tu zbyt dobrego miejsca na postój, poza tym dopiero co jeden zaliczyliśmy, gestem przykazuję Maebh, żebyśmy stanęli.
— Musisz się wysuszyć — powtarzam, ściągając z ramion plecak.
— Nic mi nie będzie, zaraz samo wyschnie.
— Przeziębisz się.
Maebh wspiera dłonie na biodrach.
— Nie ma na to czasu. Ani miejsca.
Dziewczyna podnosi dłonie do włosów, zgarnia je tak, że spływają jej z ramienia, a następnie wyciska. Na dno korytarza chlusta pół wiadra wody.
— Jeśli masz jakieś jeszcze suche ubrania w plecaku, może chociaż się przebierz?
Maebh wzdycha, ale sama rzeczywistość zaczyna ją chyba przekonywać do mojego pomysłu. Przemoczone ubrania zdają się coraz zimniejsze, mam wrażenie, że ramiona dziewczyny zaczynają drżeć.
— Ale musisz sobie pójść. Daleko.
Kiwam głową, nawet przez myśl nie przechodzi mi nic głupiego.
— Zostawię ci swój plecak — mówię, odpinając jego klapę. — Moje ubrania są suche, więc jeśli nie znajdziesz nic suchego u siebie, możesz wziąć któreś z moich.
Maebh unosi brwi, mierzy mnie wzrokiem, w jej oczach błyszczy lekkie powątpiewanie. Wiem, zdaję sobie sprawę z tego, że różnimy się nieco rozmiarem, i że zamiast moich ubrań Maebh może równie dobrze próbować założyć na siebie namiot, ale trochę nie mamy wyboru.
— Zawołaj mnie, jak już się przebierzesz — mówię, a następnie oddalam się w dół korytarza.
Siadam i czekam. Echo kaskady wciąż odbija się od skalnych załomów, przypominając mi, że w tych jaskiniach nie jest zbyt bezpiecznie. Nie jestem pewien, jak długa droga jeszcze nas czeka, a mapa, którą dostaliśmy z Akademii nie jest zbyt dokładna. W sumie, gdyby się zastanowić, większości przeszkód na niej nie było - był tylko kierunek, jak iść, by się nie zgubić.
Przysiadam w końcu na jakimś skalnym występie, a mój ogon sam zaczyna unosić się i opadać, wybijając nieokreślony rytm na posadzce. Rozkładam nieco skrzydła - drętwieją mi od ciągłego trzymania ich tuż przy ciele, byle tylko nie zawadzić nimi o jakiś ostry kawałek wystającej skały. Zaczynam zastanawiać się, o ile szybciej poszłoby suszenie Maebh, gdybym tylko potrafił ziać ogniem, i myśl ta niezmiennie mnie irytuje. Nabieram głęboko tchu, trzymam go przez moment w płucach, a potem wypuszczam gwałtownie. Jak zwykle - oddech zmienia się w poczerniały dym, nie ma w nim nawet jednej iskry. Prycham poirytowany.

niedziela, 6 marca 2022

Od Maebh CD Bastiana

Jak to mówią, im dalej w las, tym więcej drzew. Tak i podczas naszej misji każda przeszkoda stawała się coraz trudniejsza, a te piekielne przejście w dół było zaledwie drugą z nich. Gdy schodziliśmy w dół, schodki wydawały się być wręcz mikroskopijne, niektóre ledwo mieściły nasze stopy. Jakby ktoś specjalnie zaprojektował je tak, aby chyba tylko wyjątkowo mali ludzie mogli używać ich bez większych problemów. Duże wysokości nie robiły na mnie wrażenia, o ile widziałam co znajduje się pode mną. W tym przypadku czekała nas tylko ciemność, miałam wrażenie, jakbyśmy w niej tonęli coraz bardziej z każdym stawianym przez nas krokiem. Podczas tej monotonnej wędrówki naszło mnie na wiele przemyśleń oraz literackich porównań kierunku naszej podróży. Co jakiś czas robiliśmy przerwę, a ja unosiłam latarnię na nieco dalszy kawałek przed nami żeby zorientować się w sytuacji. Naprawdę myślałam, że te schodki nie będą miały końca, a ja nie zliczę ile razy omsknęła mi się na nich stopa i prawie spadłam. Jednak jakie było moje zdziwienie, kiedy nie natrafiłam już na więcej stopni. Znacie to uczucie, gdy schodzicie po schodach niosąc coś dużego, co przysłania wam widok i nie widzicie, ile schodów zostało jeszcze przed wami, po czym próbujecie “schodzić” na płaskiej już powierzchni? Właśnie tak wtedy miałam. Nie wiem jak Bastian, ale ja wtedy głęboko odetchnęłam. Oczywiście nie z ulgą, bo czekała nas na pewno nie jedna taka przeprawa. Zarządziłam krótką przerwę na chwilę odpoczynku i zjedzenie czegoś. Potrzebowaliśmy uzupełnić nieco energii, tej moralnej również. Wymieniliśmy nieco doświadczeń z naszych szkół, po czym ruszyliśmy dalej.
O dziwo następna droga wydawała się być zupełnie normalna. Bez śmiercionośnych pułapek czy porywistego podmuchu wiatru, który bawiłby się twoją osobą niczym liściem i ciskał nim o każdą możliwą ścianę. Zaczęłam się nawet przyzwyczajać do panującej wokół ciemności. Miałam wrażenie, że moje oczy tak już przywykły do mroku, że gdybym wyszła wtedy na światło słoneczne, to promienie wypaliłyby mi spojówki. Kolejne piętnaście minut spaceru zaprowadziło nas do czegoś w stylu wielkiej groty. Było w niej o dziwo całkiem jasno, a przynajmniej na tyle, że latarnia wydawała się być w tamtym momencie zbędna. Przed nami tym razem ukazał się mostek przechodzący przez wodospad jakiegoś podziemnego źródła. Rozejrzeliśmy się w każdym możliwym kierunku żeby przypadkiem nic nas nie zaskoczyło, ale wydawało się być bezpiecznie. Jedyne co poddawaliśmy wątpliwościom, to to, co znajdowało się lub mogło znajdować po drugiej stronie tamtego wodospadu. Tym razem definitywnie nie było już odwrotu. Zrobiliśmy szybki test desek, które wydawały się na spokojnie wytrzymać ciężar naszych ciał. Nie zwlekając zbyt długo, zaczęliśmy przeprawiać się przez mostek, a ostatnim zmartwieniem pozostawała prawdopodobnie chłodnawa woda. Im bliżej niej się znajdowaliśmy, tym głośniej zaczynało się robić. Nie zastanawiałam się zbytnio, jak uniknąć bycia mokrą, w mojej głowie w tamtej chwili nie istniało żadne rozwiązanie na to, a przynajmniej nic nie przychodziło mi na myśl. Swoją drogą ledwo je słyszałam, nie mówiąc o słyszeniu jakichkolwiek słów padających z ust Bastiana, toteż moich uszu nie sięgnęła jego propozycja zakrycia skrzydłem.
- Zacze…! - usłyszałam, ale było już za późno.
Zacisnęłam zęby i z ogromną determinacją przeszłam przez taflę opadającej wody, dopiero po fakcie orientując się, co się stało. Obejrzałam się na chłopaka, który spokojnie przeszedł, zakrywając się jako tako skrzydłem. Wyglądałam przy nim co najmniej jak mokra kura, i to z tych ras, które są wyjątkowo pierzaste.
- Noo cóż… Nie wiadomo, kiedy stąd wyjdziemy, prysznic może się przydać - powiedziałam, dłońmi odgarniając z twarzy stróżki wody do tyłu jak gdyby nigdy nic.

sobota, 26 lutego 2022

Od Bastiana CD. Maebh

Kiwam głową.
— Tak, ruszamy.
Nasze kroki dźwięczą dziwnie pusto w opresyjnej ciemności ciągnących się w dół stopni. Stopnie są wąskie, kamienne, śliskie wszechobecną wilgocią. Skręcają, skręt jest jednak na tyle niewielki, że tego nawet nie widać. Tylko gdzieś z tyłu głowy jest to mdlące uczucie, że idzie się nie do końca prosto, że coś jest nie tak, że zaraz poleci się w dół. Przykładam dłoń do ściany, instynktownie wysunięte szpony cicho szurają, drapiąc kamień.
— W porządku? — pytam idącej obok Maebh.
— Na razie - tak.
Od ciągłego schodzenia w dół może zacząć kręcić się w głowie.
Jednak nim faktycznie cokolwiek się dzieje, schody się kończą, my zaś stajemy na krawędzi przepaści.
Nad przepaścią wisi rachityczny, stary mostek - drewniane deski butwieją, wciąż mokre od wszechobecnej wilgoci, zaś niegdyś mocne liny, trzeszczą i zawodzą na niewyczuwalnym wietrze. Mostek wygląda tak solidnie, że jestem przekonany, że byłbym w stanie zarwać go jednym tupnięciem. Nawet takim niezbyt mocnym.
— Dobrze, że oboje potrafimy latać — mówię, rozkładając nieco skrzydła, przygotowując się do lotu.
Jednak Maebh chwyta mnie za bark, podchodzi nieco bliżej do krawędzi, ostrożnie unosi latarnię. Jej światło pada dalej, sięga przeciwległego końca rozpadliny.
— Widzisz tam cokolwiek?
Wytężam wzrok, smocze oczy łatwo przebijają mrok.
— Właśnie… nie — przyznaję zaskoczony, marszcząc brwi.
— To dokąd ta kładka prowadzi? Kończy się litą ścianą? Czy coś mi umyka?
Przechodzę kawałek wzdłuż rozpadliny, staram się zmienić perspektywę - może wtedy zobaczę coś więcej. Ale nie, nie widać tam niczego. Żadnego ukrytego, wąskiego przesmyku, niczego podobnego. Z mojej piersi wyrywa się pełne konsternacji „hmm".
— Po co byłaby kładka prowadząca do nikąd? — pytam, nie spodziewając się odpowiedzi.
Maebh zastanawia się przez chwilę. Potem zaś zbiera z ziemi garść kamieni i ciska nimi w kładkę. Ostatnio ciśnięcie garścią żwiru dało piorunujący efekt, czemu więc nie powtórzyć manewru?
I tym razem jest tak samo - gdy tylko kamienie sięgają kładki, z głębi rozpadliny rozlega się przedziwne, świszczące wycie. Porywisty wiatr, niczym dzikie zwierzę, wypada z trzewi ziemi, targa rachitycznym mostkiem. Odsuwam się od krawędzi, instynktownie odciągam Maebh jeszcze dalej, znów osłaniam ją skrzydłem. Po chwili wiatr cichnie, a jedyne, co po nim pozostaje, to coraz słabsze skrzypienie wciąż kołyszącego się mostu.
— Zwieje nas w okamgnieniu — mówi Maebh, zaciska usta w bezsilności.
Kiwam głową. Muszę przyznać jej rację. Wiatr jest obłąkany, silny niczym tornado. Jeśli którekolwiek z nas znajdzie się w jego mocy, nie poradzi sobie - żywioł ciśnie każdym z nas jak szmacianą kukłą, a wokół były tylko ostre, kamienne ściany.
Znów podchodzę do krawędzi, staram się wzrokiem przebić zalegajacy na dnie rozpadliny mrok. Coś musi być w tym miejscu, musi dać się je jakoś ominąć i przejść dalej.
— Niech zgadnę, na mapie nie ma żadnych wskazówek? — pyta bez przekonania Maebh.
Kręcę głową.
— Nic nam nie zostawili. Musimy radzić sobie sami.
W tym momencie coś przykuwa moją uwagę - tuż przy krawędzi widzę…
— Czy tam są stopnie? — pytam, zaś Maebh podchodzi bliżej i też ostrożnie zerka w dół, przyświecając sobie latarnią.
— Na to wygląda — mówi. — Wygląda na to, że ta kładka to pułapka. Dobra droga prowadzi w dół, tylko… — Dziewczyna urywa, marszczy brwi. — Musimy się trzymać samej ściany. Widziałeś, co się stało, gdy rzuciłam kamieniami? Jeśli ten sam wiatr zacznie znowu wiać, kiedy będziemy schodzić po tych stopniach, to po nas…
— Trochę nie mamy wyboru. — Wzdycham, zerkając znów w dół. — Przecież nie zawrócimy teraz, prawda?
— Nie zawrócimy. — Maebh bierze głęboki wdech. — Dobrze. W takim razie ruszajmy.

poniedziałek, 21 lutego 2022

Od Maebh CD. Bastiana

Jak się okazało, z pozoru głupie drzwi stały się dla nas nie lada wyzwaniem. Doszliśmy do wniosku, że może kombinacja przycisków jest kluczem do ich otwarcia. Właśnie, kombinacja, której nie wiedzieliśmy jak ugryźć. Obejrzałam dokładnie wrota, a w międzyczasie nie wpadły nam do głów żadne pomysły, jak to wszystko rozwiązać. Przyjrzałam się im po raz kolejny, jednak w głowie nadal było pusto. Bastian zaproponował wtedy, że stanie się mięsem armatnim i będzie testować wszystko po kolei. Nie trudno było domyślić się, że taki obrót wydarzeń niezbyt przypadł mi do gustu, ale zanim zdążyłam jakkolwiek zaprotestować chłopak przeszedł już do działania. Padło na owcę, która z owcą nie miała chyba nic wspólnego, bo chwilę później jej oczy zaiskrzyły żywą czerwienią, by potem płomieniami pokryły się całe drzwi. Instynktownie zakryłam twarz rękami, jakby to miało mi w jakiś sposób pomóc. O dziwo nie poczułam nawet delikatnego ciepła, bo jak się okazało Bastian zakrył mnie skrzydłem. Bastian, który wydawał się nie być tym za bardzo poruszony i stwierdził jak gdyby nigdy nic, iż owce też nie należały do szczęśliwego trafu. We mnie jednak gotowało się z jego bezmyślności.
- Idiota! Powaliło cię?! Co, gdyby to było coś gorszego? - uderzyłam go pięścią w ramię, gdy składał skrzydło.
- Ale nie stało się, tak? Żyjemy i jest wszystko dobrze, wyluzuj - powiedział aż chyba nazbyt spokojnie, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Złożyłam ręce jak do modlitwy, przykładając je do ust i biorąc głęboki oddech. Zachował się strasznie lekkomyślnie i jeszcze tylko tego brakowało, żeby coś mu się stało. Musieliśmy pomyśleć nad innym rozwiązaniem, jak testować różne kombinacje. Można powiedzieć, że coś mi przyszło wtedy do głowy. Dałam chłopakowi palcem znać, aby chwilę na mnie poczekał, a sama się oddaliłam. Gdy szliśmy do wrót, w oczy rzuciły mi się w połowie spróchniałe kawałki drewna oraz kawałki jakichś starych szmat. Szybko wróciłam do chłopaka i skleciłam prowizoryczne pochodnie. Rozpaliłam je ogniem z latarnii i powtykałam w szczeliny blisko drzwi. Zrobiłam dwa kroki do tyłu upewniając się, że są dobrze oświetlone.
- Teraz zrobimy to po mojemu. I bezpiecznie - jedną ręką złapałam rękaw Bastiana, a w drugiej trzymałam naszą latarnię.
Oddaliliśmy się na odległość, którą uznałam za bezpieczną, ale też taką, żeby nadal dobrze widzieć wrota. Za pomocą mojej zdolności uniosłam jeden z kamieni i cisnęłam nim w postać rolnika aby sprawdzić, jaka będzie reakcja na ten przycisk. Na odpowiedź nie musieliśmy długo czekać, bo dosłownie parę sekund później w odległości mniej więcej dwóch metrów od drzwi, z półokrągłego stropu wystrzeliły strzały. Na szczęście znajdowaliśmy się dalej, więc nas nie dosięgnęły. Próbowałam potem różnych kombinacji, z różnym skutkiem. Niekiedy nie działo się nic, a innym razem wręcz przeciwnie. Zmarnowaliśmy tak chyba dobre pół godziny i cała ta sytuacja zaczęła mnie strasznie denerwować. Nasze pomysły na kombinację nie przynosiły skutku, którego chcieliśmy. W pewnym momencie byłam już tak zirytowana, że uniosłam na raz kilka kamieni i rzuciłam nimi od niechcenia w ten skalny kloc, który był drzwiami. Musiałam rozładować emocje, ale jakie było moje, i w sumie Bastiana też, zdziwienie, kiedy o dziwo wtedy coś “kliknęło”. Niedługo potem usłyszeliśmy, jak stary mechanizm wprawia się w ruch, wszystkie stare trybiki zaczęły się o siebie ocierać, a wrota się otworzyły. Spojrzeliśmy po sobie zaskoczeni, podchodząc do wejścia. Oświetliłam kawałek drogi przed nami, następne czekały nas schody, w totalnym mroku.
- A więc ruszamy dalej? - spytałam, unosząc wzrok na Bastiana.

środa, 16 lutego 2022

Od Bastiana CD. Maebh

Im głębiej w tunele, tym ciemnej, bardziej wilgotno, opresyjnie. W zatęchłym, stojącym powietrzu unosi się ten charakterystyczny, piwniczny zapach, czuć brudną zielenią nienawykłych światłu porostów. Miejscami jest wąsko, niewygodnie, ja zaś ledwo się mieszczę, często muszę się kulić lub iść bokiem. Co jakiś czas skrzydłem muskam lodowatą ścianę. Nie jest to miłe uczucie, za każdym razem na mej twarzy pojawia się grymas. Moje skrzydła są wrażliwe, nawet bardzo (o czym dopiero co się dowiedziałem), każde dotknięcie oślizgłego, zimnego kamienia przepełnia mnie obrzydzeniem.
Maebh wpada na dobry pomysł z tym, by oznaczać naszą drogę. Ja zapewne podążałbym jedynie z mapą, kwestia czasu byłoby, bym się zgubił. Teraz jednak mi to nie grozi, idziemy w bladym świetle latarni, na każdym rozwidleniu zaznaczając naszą trasę.
Ciemność jaskiń napiera. Nie mam klaustrofobii, ale jako wychowanek śnieżnego Azebergu, do tego obdarzony umiejętnością lotu dragonborn, nie czuję się dobrze w tak ciasnych przestrzeniach. Mam wrażenie, że kręcimy się w kółko, choć przecież nie uszliśmy jeszcze tak daleko, a za każdym załomem trafiamy na gładkie ściany, pozbawione jakichkolwiek z naszych znaków. Czyli idziemy wciąż przed siebie.
Docieramy do drzwi - ryty na nich są ledwo widoczne, rzeźbione sylwetki rozmywają się w ciemnościach, a oszczędne światło sączące się z latarni dziwnie je zniekształca. Wrota wyglądają niepokojąco, jednak nie przychodzi mi do głowy, że cokolwiek może się stać od zwykłego ich dotknięcia.
Wypadki toczą się błyskawicznie.
W jednej chwili Maebh stoi u mego boku, w drugiej dotyka drzwi, w trzeciej leci w dół.
Reaguję instynktownie, łapię dziewczynę za rękę, wyciągam z przepaści, oboje odsuwamy się nieco od ziejącej ciemnością czeluści. Po chwili zapadnia się zamyka, podłoga wygląda tak samo, jak na początku i nic nie zapowiada, że pod spodem kryje się pułapka.
— Lepiej, żeby wnioski z tego rachunku sumienia ci się dzisiaj nie przydały — mówię, wciąż podejrzliwie zerkając to na podłogę, to na drzwi. Zwracam się do Maebh. — Jak się czujesz? W porządku?
Takie przeżycie potrafi nastraszyć - czasem od razu, czasem dopiero po chwili. Gdy do umysłu dojdzie pełnia grozy tego, co mogło się wydarzyć.
— Bywało lepiej. Ale poradzę sobie, nie martw się.
I tak się martwię.
Wracam wzrokiem do drzwi, znów wpatruję się w wyryte na nich symbole. Nie za dużo mi mówią, oprócz tego, że dotykanie wilka to kiepski pomysł.
— To jakaś łamigłówka — stwierdzam w końcu, ale na razie nie robię niczego. Co się stanie, jeśli dotkniemy innej części drzwi?
— Nie wiem, co konkretnie trzeba zrobić, żeby otworzyć drzwi — Maebh marszczy brwi, wpatrując się w zamknięte wrota. — Te rysunki muszą coś znaczyć, ale… Może trzeba dotknąć ich w odpowiedniej kolejności?
— I na pewno nie powinno zaczynać się od wilka — dodaję.
Milczenie trwa przez chwilę, Maebh błądzi wzrokiem po wrotach, przyświeca sobie latarnią.
— Wiesz co, może nie ma co się nad tym tyle zastanawiać — mówię, gdy dobre pomysły uparcie nie chcą przyjść do głowy. — Możemy to rozwiązać metodą prób i błędów.
Maebh patrzy na mnie z konsternacją.
— Prób i błędów? A co, jeśli ta zapadnia to nie jedyna pułapka?
— I właśnie dlatego ja będę dotykał drzwi, a ty będziesz zapamiętywać, które kombinacje są błędne. Mnie nic nie będzie, poradzę sobie.
Dziewczyna próbuje zaprotestować, ja zaś wyciągam rękę, dotykam jednej z owiec. Oczy zwierzęcia jarzą się niepokojącą czerwienią, w ostatniej chwili cofam dłoń, gdy wrota pokrywają się jęzorami ognia. Instynktownie zasłaniam Maebh skrzydłem - może i są delikatne, ale jako dragonborn nie boję się ognia, oparzenia mi niestraszne.
— Hm, no to owce też nie są dobrą odpowiedzią — mówię z westchnieniem.

piątek, 11 lutego 2022

Od Maebh CD. Bastiana

Bastian nagle stał się strasznie oschły i wredny. Zmarszczyłam brwi, puszczając jego kurtkę i cofając się o krok. Sama się przez to delikatnie zdenerwowałam i miałam ochotę wrócić się i już nigdzie z nim nie iść, ale wątpię żeby z takiego obrotu spraw dyrektorowie byli zadowoleni. Ale to nie była moja wina, bo skąd mogłam wiedzieć?
- W plecaku mam zapałki. I wziąłem latarnię, to można to zapalić i poświecić. Będzie lepiej, niż jakbym ja tam cokolwiek robił… - dodał po chwili, nieco łagodniejszym, ale dalej szorstkim tonem.
- Nie musiałeś być od razu taki nie miły, wiesz? Wystarczyło po prostu powiedzieć, że nie potrafisz i bym to totalnie zrozumiała… - mnie samą w odpowiedzi również nerwy trochę poniosły, gdy wygrzebywałam z jego plecaka wspomniane wcześniej zapałki i latarnię.
Przy okazji wyjęłam też mapę, żeby sprawdzić, czy dobrze idziemy. Po omacku udało mi się rozpalić ogień w latarnii, a cała okolica stała się bardziej przejrzysta dla moich oczu. Światło ukazało nam też rozwidlenia, które na nas czekały. Mapa wskazywała, że mieliśmy udać się najpierw w prawo. Jednak zanim ruszyłam tam za Bastianem, zaczęłam rozglądać się za jakimś wapiennym kamieniem. Dało się nimi “rysować”, toteż chciałam wykorzystać je w narysowaniu strzałek, tak na wszelki wypadek, gdyby miało coś się stać z mapą. Szybko znalazłam to, co szukałam i po chwili jedna ze strzałek wylądowała już na ścianie. Później minęliśmy już nie jedno rozwidlenie i nie przez jeden korytarz przechodziliśmy.
Cała ta plątanina tuneli doprowadziła nas do wielkich drzwi z rycinami. Przyjrzałam im się z bliska z latarnią w ręku, jednak były już zbyt naznaczone czasem, aby cokolwiek z nich odczytać. Obejrzałam je z każdej strony, próbowałam otworzyć, ale ani drgnęły, nawet przy pomocy Bastiana. Wspólnie jednak doszliśmy do wniosku, że musi w takim razie być jakiś ukryty, starożytny mechanizm, który otwiera wrota. I faktycznie, niektóre elementy płaskorzeźby, przy niewielkim wysiłku, dało się wcisnąć. Ale rodził się tutaj kolejny problem, bo jak to ze starożytnymi mechanizmami bywa, musiał być jakiś element na nieproszonych gości, którymi poniekąd z Bastianem byliśmy. Płaskorzeźba przedstawiała scenkę rodzajową, ot, z życia codziennego. Jakimś cudem udało nam się tam wyróżnić postacie wieśniaków uprawiających rolę, owce i wilka. Nie wiedzieć czemu, moja ręka powędrowała do postaci wilka, którą dało się wcisnąć. Nie mogłam wtedy przewidzieć, że ta decyzja zakwestionuje moją egzystencję na tym padole łez. W jednej chwili poczułam, jak tracę grunt pod nogami i spadam. Skłamałabym mówiąc, że w tamtym momencie moje całe życie nie przeleciało mi przed oczami. Byłam zbyt zszokowana aby użyć wtedy moich zdolności i po prostu się unieść. Ten ułamek sekundy trwał dla mnie wieczność, wszystko zdawało się zwolnić swój bieg, a ja już żegnałam się ze światem, gdy nagle poczułam uścisk na nadgarstku. Uniosłam wzrok z czarnej otchłani na Bastiana i wyraz konsternacji, który malował się wtedy na jego twarzy, a później zwracając oczy na jego rękę trzymającą moją. Szybko wciągnął mnie na górę, oddalając się kawałek od dziury, nad którą zaraz wysunęła się płyta. Odetchnęłam głęboko, czując jak adrenalina powoli zaczyna ze mnie schodzić, a do mnie dotarło, co się przed chwilą stało. Puściłam już również rękę chłopaka, którą trzymałam chyba aż zbyt kurczowo.
- Haha… A więc to nie był ten… - zaśmiałam się nerwowo, patrząc na miejsce, w którym jeszcze chwilę wcześniej znajdowała się dziura. - Dziękuję, zdążyłam już sobie zrobić rachunek sumienia i żałować rzeczy, których nie zdążyłam zrobić - dodaję, przeczesując dłonią czoło z kosmyków i unosząc wzrok na chłopaka.

środa, 9 lutego 2022

Od Bastiana CD. Maebh

Jaskinia - niewielka, niewyględna, jednak osłonięta przed porywistym wiatrem - wita nas ciemnością i ostrymi skałami. Ciemność ta jednak nie jest groźna i przykra. Wręcz przeciwnie. Pozwala moim oczom odpocząć nieco od oślepiającej bieli zalegającego wszędzie śniegu, zaś panująca we wnętrzu względna cisza sprawia, że i uszy nie więdną od ciągłego wycia wiatru. A tym, co najbardziej mnie cieszy jest właśnie brak wiatru - przynajmniej znika ryzyko, że wywieje nam gdzieś mapę i będziemy musieli chodzić wszędzie na ślepo. Co prawda dobrze radzę sobie w górach, ale to nie oznacza, że trafię wszędzie i na dodatek bezbłędnie.
Ciemność narasta, zdaje się pogrążać nas oboje w swoich coraz ciaśniejszych objęciach. Dobrze widzę w mroku, smocze oczy mają mnóstwo zalet, jedną z nich zaś jest dobre widzenie przy niewielkiej ilości światła. Nie powiem, żebym był człowiekiem zdolnym do przewidywania wielu rzeczy, to nigdy mi nie szło i nie czuję, żeby miało się cokolwiek zmienić w tej materii. Dlatego też nie przychodzi mi po prostu do głowy, że dla Maebh może być za ciemno, że dziewczyna może bać się mroku i czuć się niepewnie. Toteż gdy czuję, jak łapie tył mojej kurki, przystaję na moment, niepewny, co uczynić.
I wtedy pada pytanie, które sprawia, że to ja dla odmiany czuję się niekomfortowo i najchętniej uciekłbym z tych jaskiń - teraz, zaraz, natychmiast.
Czy umiesz ziać ogniem?
Ludzie pytają się mnie o to od czasu do czasu, za każdym razem unikam odpowiedzi albo próbuję jakoś ominąć pytanie, przekierować je w inne miejsce. Bo prawda jest niestety przykra, a dla mnie bolesna i nieprzyjemna. Brzmi ona zaś, że ziać ogniem po prostu nie umiem.
Gdy przybyłem do Ardem właśnie umiejętność ziania ogniem była dla mnie kluczową, którą chciałem opanować. Wiadomo, każdy smok, jeśli chce siać stosowny postrach, powinien nie tylko machać skrzydłami i być mistrzem lotnictwa, ale również być zdolnym do spopielenia dowolnego celu, jaki sobie tylko zamarzy. Powinienem umieć zeszklić skałę, stopić każdy metal, obrócić w pył każdy inny materiał. Jednak jak na razie jedynym, co mi się udało, to nie krztusić się aż tak własnym dymem, gdy usilnie staram się wykrzesać z siebie nieco ognia. Nie wiem, czym spowodowane są moje liczne, nieprzyjemne porażki w tej materii. Zdaje mi się, że osiągnąłem już odpowiedni wiek - dzieckiem nie jestem, powinienem móc ziać ogniem, tak samo, jak mogłem już od dawna latać. Jednak z jakiejś przyczyny się to nie działo i nikt nie potrafił mi pomóc.
— Że Dragonborn, to nie znaczy, że od razu będę ział ogniem — burczę niepotrzebnie gniewnie.
Maebh nie jest winna mojemu złemu nastrojowi, jedynym sponsorem jestem ja sam, ale wiedza o tym nie pomaga. W sumie to nawet pogarsza sytuację, bo prócz bycia skrępowanym tym pytaniem, jestem jeszcze zły na siebie, że bez powodu robię się niemiły. A gdy tyle negatywnych emocji pojawi się w moim sercu, reaguję w jedyny sobie znany sposób, czyli będąc jeszcze bardziej niemiłym i opryskliwym.
— W plecaku mam zapałki. I wziąłem latarnię, to można to zapalić i poświecić. Będzie lepiej, niż jakbym ja tam cokolwiek robił… — dodaję już nieco łagodniej, ale nadal czuję, że mój głos jest niepotrzebnie szorstki i oschły, że przypomina bardziej te twarde, kamienne ściany, które otaczają nas z każdej strony. I nie jestem z tego zadowolony.

wtorek, 8 lutego 2022

Od Maebh CD. Bastiana

Jak to zimową porą, szybko odwiedziła nas noc. Chłodna, ciemna. I choć nie lubię chłodu, to te zimowe wieczory wydawały się magiczne. Najbardziej lubiłam właśnie te zimowe i letnie, przeciwne sobie. W lato przyjemny chłód otulał nas, dając oazę od upalnych dni, zaś w śnieżną porę roku noc była jeszcze zimniejsza od dnia, ale miało to swój urok. Gdy Bastian oddał się w objęcia Morfeusza, swoją drogą zabawnie wyglądał tak wielki na tak malutkim łóżku, albo po prostu był nadzwyczaj duży na normalnego rozmiaru łóżko. Ja jeszcze długo rozmyślałam. Miałam problemy ze snem, toteż tonęłam w myślach i wyobrażeniach. Pomyślałam, że fajnie byłoby obejrzeć kiedyś zorzę polarną. Musiało to być niesamowite przeżycie, móc ujrzeć ją na żywo. Zaciekawiłam się, czy istniała jakakolwiek szansa, że pojawiła się kiedykolwiek w pobliżu wioski, w której nocowaliśmy. Uśmiechnęłam się pod nosem, zdając sobie sprawę że to pewnie niemożliwe. Robiło się coraz później, a mi w końcu udało się zasnąć, oczywiście nie obyło się bez pobudek w nocy.
Z samego rana przygotowaliśmy się do drogi, bo przecież byliśmy tam w jakimś konkretnym celu, a nie na wakacjach. Nie mogło obejść bez porządnego śniadania i zabrania jakichś zapasów na drogę. Opuściliśmy granice wioski, i im dalej poza nie, tym większe czekały nas zaspy. Bastian miał długie nogi, więc nie zdawały się robić na nim aż takiego wrażenia jak na mnie. Gdy byliśmy wystarczająco daleko, wezwałam Libre. Był o wiele lepszym lotnikiem ode mnie, wolałam sama nie próbować wznosić się tak wysoko. Demon rozprostował skrzydła, a w nas uderzyła fala wzbitego w powietrze śniegu. Chwilę zajęło mi upewnienie się, że wszystko jest dobrze zapięte, ale później oboje wzlecieliśmy w przestworza, kierując się w stronę gór. Im bliżej nich byliśmy, tym bardziej robiło się zimno i chłodno. Same góry z bliska robiły o wiele większe wrażenie niż z daleka. Potężny wiatr szalał tam o wiele bardziej, niż na dole. Nie mogłam wręcz usłyszeć własnych myśli. Przez chwilę nawet zaczęłam się zastanawiać, po co ja się wogóle na to wszystko zgodziłam. Westchnęłam głęboko, szybko tego żałując. Lodowate powietrze kłuło mnie w płuca niczym malutkie igiełki. Niezbyt miłe uczucie. Jakiś czas później zatrzymaliśmy się na jednej ze skalnych półek, wcześniej upewniając się, że na pewno jest bezpiecznie, a przynajmniej na tyle na ile takie miejsce może być. Bastian odpiął plecak i postawił go w śniegu, wyjmując mapę. Ledwo go usłyszałam. W czasie gdy sprawdzał, w którą stronę mamy się udać, ja zastanawiałam się czy to dobry pomysł. Poklepałam Libre po boku aby podszedł ze mną do chłopaka i nieco osłonił nas skrzydłami. W głowie już miałam scenariusze, że ten paskudny wiatr ukradnie nam mapę. Kawałek pergaminu wydawał się być wyjątkowo łatwy do porwania przez szalejącą wichurę. I miałam dobre przeczucie, bo gdy podeszliśmy, mapa już chciała nas opuścić, ale na szczęście demon zdążył ją złapać skrzydłem. Odetchnęłam z ulgą, bo bez niej bylibyśmy zgubieni. Po szybkim zorientowaniu się, w którą stronę udać się następnie, mapa wylądowała z powrotem w plecaku Bastiana. Ruszyliśmy więc do wejścia, które znajdowało się w jednej z jaskiń niedaleko. Tam było już zdecydowanie ciszej i mogliśmy odsapnąć. Odwołałam Libre i mniej istotne bagaże zostawiliśmy przy wejściu. Im dalej w głąb jaskini, tym ciemniej się robiło, aż w końcu ledwo widziałam czubek własnego nosa. Trochę mnie to zaczęło przerażać, zagubienie się w takim miejscu przyprawiało mnie o kolejną fobię. Aby dodać sobie nieco otuchy, złapałam skrawek kurtki Bastiana, tak na wszelki wypadek, żeby się nie rozdzielić.
- Słuchaj, bo… Skoro jesteś Dragonbornem, to umiesz ziać ogniem, chociaż odrobinkę…? - zaśmiałam się niezręcznie z nadzieją, że może nie jesteśmy aż tak straceni.

<Bastian?>

wtorek, 1 lutego 2022

Od Bastiana CD. Maebh

Wieczór nastaje szybko, słońce chowa się za horyzontem, a ta charakterystyczna, pomarańczowa łuna, znika w ledwie parę chwil, topiąc świat w pogłębiającej się szarości. Noc przychodzi chłodna, może dla ludzi spoza Azebergu wręcz zimna, a chmury zasnuwają gwiazdy i księżyc sprawiając, że ciemność otula każdy kąt.
Śpię jak kłoda - i to pomimo tego, że łóżko jest trochę za małe. Ogon zwisa gdzieś bokiem, skrzydła spływają ku podłodze - widać kręciłem się przez sen, bo gdy się kładłem, wciąż grzecznie leżały na materacu. Na szczęście nie rysuję rogami ramy łóżka, jeszcze tego tylko by mi brakowało.
Maebh śpi łóżko obok. Początkowe obawy, jak to będzie - w pokoju z dziewczyną - zastępuje jakiś rodzaj odprężenia, bo przecież nie jestem w pokoju z dziewczyną, tylko z Maebh. Widać te łaskotki działają jak lodołamacz i nie czuję się już aż tak bardzo skrępowany.
Śnię o tym, o czym śnię zazwyczaj. W mych marzeniach pełno jest latania, pojawiają się kłębiaste chmury, jakieś latające stwory, może trochę walki, ale za to zero fabuły. Ruszam skrzydłem przez sen, ściągam sobie kołdrę z nóg, ale się nie budzę. Chłód mi nie przeszkadza. Widać smocza krew robi swoje.


Dzień wstaje równie chłodny, gdy wychodzimy z Maebh z karczmy, a nasze oddechy zmieniają się w obłoczki pary. Tu i tam leżą resztki śniegu - trochę napadało, trochę wczoraj stopniało, trochę też i ludzie odgarnęli. Śnieg miesza się z błotem, ciemne pryzmy znaczą miejsca, gdzie chodzą przechodnie, gdzie jeżdżą wyładowane wozy i coś się dzieje. Jednak nas nie interesuje to małe miasteczko, czy może bardziej wioska. Jesteśmy spakowani, gotowi do drogi, a nasz wzrok utkwiony jest w odległym paśmie gór.
Idziemy kawałek poza miasteczko, droga przestaje być już tak wygodna i przejezdna. Tu już nikt nie odgarnia śniegu, musimy jakoś sobie radzić. Góry zdają się bliższe, nieco bardziej niedostępne i majestatyczne - teraz, gdy nie osłaniają ich kalenice budynków ani dym unoszący się z kominów, tylko mroźne, zimowe powietrze dzieli nas od celu naszej misji.
Pojawia się Libre - demon parska nieco na leniwie padający śnieg, rozkłada pierzaste skrzydła i macha nimi kilka razy na próbę, wzbijając wokół nas kłęby sypkiego śniegu. Wstrząsa grzywą, zaś jego fantazyjnie zawinięte rogi lśnią nierzeczywistym światłem.
Maebh siodła demona, z wprawą dociąga popręg, sprawdza długość strzemion. Czeka nas jednak kawałek drogi, wszystko musi być przygotowane i sprawdzone - ani jej nie może być niewygodnie, ani Libre nie może skończyć z obtartym grzbietem. Gdy wszystko jest już sprawdzone, Maebh wskakuje na siodło.
— Gotowa? — pytam rzeczowo.
— Gotowa — potwierdza.
A następnie oboje odbijamy się od ziemi i wznosimy w przestworza.
Zawsze lubiłem to uczucie, gdy w końcu dotrze się na ustaloną wysokość i można szybować - gdy nie czuć już przeciążeń spowodowanych nabieraniem wysokości, gdy nie ma żadnych zmian związanych z silnym wiatrem lub koniecznością omijania nisko lecących chmur. Przez długi czas po prostu lecimy, mroźne powietrze wypełnia moje skrzydła, gładko opływa wyciągnięty ogon. Gdzieś w dole przepływa krajobraz - niemal jednolicie biały, upstrzony rozległymi plamami nieregularnych lasów, przecięty nielicznymi nitkami dróg. Pod śniegiem kryją się pola, śpiące i czekające wiosny, kryją się też rozrzucone gdzieś dalej pojedyncze chałupy. Ale wkrótce ostatnie ślady bytności człowieka znikają, pozostaje już tylko nietknięta, niczym niezmącona natura.
Góry zbliżają się dużo szybciej, niż gdybyśmy podróżowali na grzbietach nawet najbardziej rączych rumaków. Powietrze się zmienia, traci resztki łagodności i teraz czuję, jak płuca wypełnia mi krystaliczny zapach śnieżnych chmur i granitowego zimna. Coraz bliżej i bliżej, poszarpane szczyty wypełniają cały widok. I o ile wcześniej stanowiły jedynie przytłaczający masyw zajmujący cały horyzont, o tyle teraz widzę coraz więcej i więcej szczegółów - pomniejsze szczyty, osuwiska, gdzieś zieje ciemność ukrytej jaskini.
W końcu docieramy do samych gór - lądujemy na jednej z półek skalnych, a górski wiatr szarpie naszymi płaszczami. Odpinam plecak, zdejmuję go i stawiam w śniegu.
— Sprawdzę na mapie, gdzie powinniśmy teraz iść — krzyczę, starając się, by moje słowa dotarły do Maebh.
Dziewczyna kiwa głową, widać usłyszała mnie, mimo tej dzikiej wichury. Sięgam dłonią do plecaka, zaciskam palce na złożonym kawałku pergaminu.

czwartek, 27 stycznia 2022

Od Maebh CD Bastiana


Z początku był nieco zdziwiony moim pytaniem, szczególnie że chodziło właśnie o skrzydła. Przez chwilę nie byłam pewna, jak na to odpowie, bo niektórzy różnie reagowali na naruszanie ich jednak przestrzeni osobistej. Chociaż sama nigdy nie miałam problemów z tym, aby ktoś dotykał moich rogów. Mimo wszystko nie robiły aż takiego wrażenia jak skrzydła, nie rzucały się w oczy, a schowane pod czapką czy chustą były niekiedy wręcz niezauważalne, zwłaszcza przy takiej burzy włosów, jaką miałam. Wystarczyło dobre upięcie, trochę kombinowania i wyglądałam jak najzwyklejszy człowiek. Gdy chłopak zgodził się, żebym mogła ich dotknąć, określenie że byłam wniebowzięta byłoby wielkim niedopowiedzeniem w tamtym momencie. Bastian zbliżył się i rozłożył jedno ze skrzydeł. Z lekką dozą niepewności położyłam na nim dłoń i opuszkami badałam każdy centymetr. Niektóre części były twarde, zwłaszcza te, gdzie znajdowały się kości, a niektóre wręcz przeciwnie. Sama skóra skrzydeł była gorąca, przyjemnie ciepła, aż miało się ochotę zawinąć tym skrzydłem niczym kocykiem w chłodny, zimowy wieczór. Przez chwilę miałam nawet chęć to zrobić, ale byłoby to dosyć dziwne, zwłaszcza, że dopiero się poznaliśmy, tak więc szybko stłumiłam tę myśl w zarodku. Do pełni szczęścia brakowało tylko tego, żeby było równie miękkie i puszyste, co kocyk. No, ale jak to mówią, nie można mieć wszystkiego. Skrzydło, jego budowa i wygląd było dla mnie niczym dzieło sztuki. Z daleka dostrzegasz tylko całokształt, jednolitą masę. Ale gdy się zbliżysz, przyjrzysz, zauważysz każdy drobny element, który składa się na tę całość. Ten każdy drobny element, pojedyncza łuska, drobna żyła, robiły wrażenie również jako ważna jednostka. Mogłoby się wydawać śmieszne, wręcz głupie jak ktoś może zachwycać się zwykłym, smoczym skrzydłem. No ale nie potrafiłam nic na to poradzić. Kto wie, może to była moja pierwsza i zarówno ostatnia okazja, że spotkałam Dragonborna, który pozwolił mi dotknąć swoich skrzydeł. Dlatego nie zamierzałam zaprzepaścić tej okazji. Sama poniekąd zazdrościłam, że nie dostałam skrzydeł od Libre. Co prawda jego różnią się od tych Bastiana, są delikatniejsze, pierzaste, białe, trochę popielate. Bardziej przypominały skrzydła anioła, i gdybym je miała zamiast rogów, ktoś mógłby mnie z jednym pomylić. Nie mogłam jednak narzekać, rogi były o wiele mniej kłopotliwe, a możliwość latania miałam bez względu na nie.
Cały “proces” przebiegał w ciszy. Żadne z naszej dwójki nie odważyło się odezwać słowem do siebie. Na szczęście byłam tak pochłonięta swoimi myślami podczas tego, że nie zwracałam na to zbytniej uwagi. Jednak w pewnym momencie, kątem oka zauważyłam, jak chłopak dziwnie się zachowuje. Raz wstrzymywał oddech, niekiedy zastygał całym ciałem. Źle się czuł? Może coś go wzięło po tamtym posiłku? W mojej głowie zaczęły nawarstwiać się pytania, ale nie trwało to długo, kiedy moje wątpliwości zostały rozwiane. Chwilę później chłopak wybuchnął śmiechem. Co jak co, ale tego raczej się nie spodziewałam. Zaskoczona cofnęłam dłoń, niepewna, co mam dalej robić.
- Przepraszam - powiedział, gdy już się nieco uspokoił. - Po prostu mam łaskotki.
Łaskotki na skrzydłach? To chyba dosyć nietypowe miejsce na posiadanie łaskotek. Przygryzłam dolną wargę, żeby się nie zaśmiać. W głowie miałam już szatański plan, jak wykorzystać ten fakt w przyszłości, ale było jeszcze na to za wcześnie, o wiele za wcześnie jak na naszą krótką znajomość. Uśmiechnęłam się, zakładając ręce na piersi.
- Nie spodziewałam się, że można mieć łaskotki w takim miejscu - odparłam, unosząc delikatnie na niego wzrok. - Mogłeś mnie uprzedzić, wtedy bym cię nie torturowała - parsknęłam, przechylając delikatnie głowę.
- Gdybym był jeszcze ich świadom, to owszem - powiedział, składając już skrzydło. Był chyba tym obrotem spraw równie zaskoczony, co ja.
- A więc, nie ma za co? - zaśmiałam się, delikatnie uderzając jego ramię pięścią.
Takie wkraczanie w naszą “sferę prywatną” na początku znajomości bywa często dosyć oporne. Budzi wątpliwość, czy druga strona na pewno nie ma nic przeciwko dotykaniu jej, ale jak pokona się już ten próg, to potem leci z górki i cała relacja staje się o wiele luźniejsza, przynajmniej dla mnie.

<Bastian?>

środa, 26 stycznia 2022

Od Bastiana CD. Maebh

W życiu nie nocowałem z dziewczyną w jednym pokoju, całość mnie zaskakuje - nie przychodzi mi do głowy, że można wziąć jeden pokój. Łóżka co prawda mamy osobne, więc chociaż tyle, ale nadal - zdaje mi się to co najmniej krępujące. W Ardem nikt się nie patyczkuje jeśli chodzi o wstyd albo przestrzeń osobistą. Przebieramy się razem, trenujemy razem, ale dzielą nas jednak według płci. Musimy być przyzwyczajeni, by nie myśleć o tym, że ktoś patrzy, a pokazanie własnego ciała jest niestosowne albo krępujące. W armii nie ma czasu na takie myślenie, zaś Ardem przygotowuje właśnie do tego - by być częścią większej całości, gdzie nie ma miejsca na głupoty, zwyczaje i to, co społeczeństwo powie.
W pewien sposób kłóci się to we mnie z tymi wszystkimi zasadami dobrego wychowania, które wpajała mi zawsze mama. Żeby dziewczynom otwierać drzwi, nie bić się z nimi, żeby starać się być uprzejmym i nie robić głupich, niestosownych żartów. Mam być dobrze wychowanym mężczyzną, nie jakimś pierwszym z brzegu leszczem, prawda?
— Skrzydeł? — pytam, szczerze zaskoczony.
Większość osób pyta o rogi, czasem znajdą się ci, których zafascynuje ogon, jednak niewiele osób zastanawia się właśnie nad skrzydłami. Mimo to nie protestuję - to część ciała taka, jak każda inna, nie różni się przecież od ręki albo nogi. A że nie każdy w świecie posiada skrzydła, na pewno jest fascynująca i dla innych.
Nikt wcześniej nie dotykał moich skrzydeł. Może mama, jak byłem mały, jednak wspomnienia z dzieciństwa zacierają się przecież w pamięci, znikają w mrokach czasu i przeszłości.
— Tak, skrzydeł. Jeśli to nie problem — Maebh, przenosi ciężar ciała na drugą nogę, wyczuwam w tym geście lekkie skrępowanie.
— Żaden — mówię, nie przeczuwając, że dla mnie zaraz zrobi się z tego całkiem poważny problem.
Podchodzę bliżej, staję nieco bokiem, rozkładam skrzydło tak, że dziewczyna może go dotknąć. Maebh podnosi dłoń, jej palce lądują na wrażliwej skórze, ja zaś, cudownie nieświadomy tego, jak zaraz zareaguje moje ciało, pozwalam tym palcom błądzić po mych skrzydłach.
Skóra skrzydeł jest inna, niż jakakolwiek, jaką ja sam kiedykolwiek dotykałem. Ma w sobie jakąś twardość, podobną do tej, jaką ma wyprawiona i impregnowana skóra, z jakiej wykonuje się chociażby siodła. Jednak jest ciepła, wręcz gorąca, poznaczona drobnymi, pulsującymi żyłkami. Usiana niemal niewyczuwalnym, miękkim meszkiem - drobnym i krótkim, podobnym do tego, które okrywa chociażby twarz. Dziwne - część ciała taka bojowa i silna, jak moje własne skrzydła, okazuje się na tyle delikatna w dotyku.
Są też i te kostne elementy - te, które trzymają cienką błonę sztywną, pozwalają mi rozpościerać skrzydła i lecieć gdzie tylko tego pragnę. Te okryte są twardą tkanką, czarne łuski chronią wrażliwy, delikatny kościec. Gdyby się zastanowić, to smocze skrzydła przypominają bardziej witraż, niż broń - co prawda pozwalają mi latać i to całkiem daleko. Pozwalają też runąć na przeciwników, niczym grom z jasnego nieba. Jednak siłą rzeczy - gdyby ktoś trafił w moje skrzydła, na pewno zrobiłby mi dużą krzywdę.
Dłonie dziewczyny dotykają wrażliwej skóry. Początkowo suną tylko po tych kościanych częściach, jednak wkrótce dotykają i tej błony, zamkniętej między twardymi elementami. Ja zaś, wbrew decorum, wbrew instynktowi i wszelkim zasadom, usiłuję się nie roześmiać. Bo okazuje się, że na skrzydłach…
Mam potworne łaskotki.
Usiłuję się nie śmiać, ale nie jest to proste. Zastygam w bezruchu, usiłuję powstrzymać śmiech, jednak różnie to wychodzi. Wstrzymuję oddech, próbuję zapanować nad własnym ciałem, ale niewiele mi z tego wychodzi. Przez moment się udaje, jest jakaś nadzieja, ale moment ten nie trwa długo. Wybucham śmiechem, zaś Maebh cofa dłoń, niepewna, co ma dalej zrobić.
— Przepraszam — głos wydobywa się z mej krtani. — Po prostu mam łaskotki.
I oto przyznaję - Bastian, groźny Dragonborn, który tylko spuszczałby wpierdol każdemu, kto się nawinie, ma łaskotki na skrzydłach. Pięknie.

poniedziałek, 24 stycznia 2022

Od Maebh CD Bastiana

Po wskazaniu przez chłopaka bezpiecznego miejsca na przenocowanie, udaliśmy się w tamtym kierunku, nie wymieniając ze sobą zbyt wielu zdań. Do głowy nie przychodził mi żaden temat do rozmowy. Zero myśli, głowa pusta. Jedynie padło zapytanie o imię Libre i komplement w jego stronę. Ogier zastrzygł uszami dając mi do zrozumienia, że w tamtym momencie chłopak podniósł mu ego. Zaśmiałam się w myśli, demon był łasy na wszelkie pochwały. Gdy dotarliśmy do zajazdu, ulotnił się, zostawiając mi w rękach siodło z torbami. Chłopak otworzył przede mną drzwi, co nie powiem, delikatnie mnie zdziwiło, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Co prawda nie oczekiwałam specjalnego traktowania, ale sam fakt sprawił, że zrobiło mi się miło. Wszedł do środka zaraz po mnie. Kątem oka widziałam, jak musi się kulić, żeby przejść przez framugę. W jakiś sposób wydało mi się to zabawne, tak wielka osoba w tak malutkich drzwiach, które w sumie dla mnie były normalne. Zacisnęłam zęby, starając się powstrzymać śmiech i opanować dopóki nie dotarliśmy do stolika. Zajęliśmy miejsce dosyć na uboczu. Usiadłam naprzeciwko Bastiana i idąc w jego ślady, położyłam rzeczy na wolnym miejscu ławy. W oczekiwaniu na kelnera zwróciłam uwagę na rogi i na ogólną sylwetkę chłopaka, który nawet siedząc, był po prostu wielki. Ile jeszcze razy jego postura zrobi na mnie wrażenie? Nie wiem, ale z pewnością nie był to ostatni raz.
Na kelnera nie musieliśmy długo czekać, pojawił się całkiem szybko, przedstawiając menu i co mieliśmy do wyboru tamtego dnia. Złożenie zamówienia nie trwało długo, byliśmy raczej zdecydowani jeśli chodzi o wybranie posiłku. Mężczyzna przyjął zamówienie, po czym ulotnił się w stronę kuchni. Bastian w tym czasie pozwolił sobie na nieco rozluźnienia i po wcześniejszym upewnieniu, rozprostował swoje skrzydła. Nie będę ukrywać, patrzyłam na cały proces z fascynacją małego dziecka. Miała ogromną chęć ich dotknąć, sprawdzić, jaką mają fakturę. Ich kolor również był niesamowity, a później zwróciłam uwagę na rogi, dla których również nie kryłam podziwu. Zaczęłam mniej się stresować, a bardziej fascynować Bastianem i jego osobą. Gdy miałam już zadać dosyć śmiałe pytanie z prośbą o bliższe obejrzenie skrzydeł, głos chłopaka wyrwał mnie z tego stanu zachwycenia.
- No więc, jeśli chodzi o naszą misję - zaczął. A no tak, misja. - Nie wiem, jak sobie radzisz z lataniem? Bo z tego, co mi dyrektor Ardem powiedział, spędzimy sporo czasu w powietrzu.
Położyłam łokcie na stole, opierając głowę na dłoniach i patrząc na chłopaka, zamyśliłam się na chwilę.
- Libre jest typu powietrznego, więc mogę dowolnie manipulować powietrzem. Jestem w stanie latać sama jeśli go nie ma lub na nim, także dam sobię radę - zaczęłam. - Bardzo dobrze radzę sobie w powietrzu, mam świetnego instruktora. Myślę, że nie będę stwarzała ci problemów - dodałam, uśmiechając się delikatnie.
Gdy skończyłam, w oczach Bastiana pojawiła się jakby mała iskierka. Mogło mi się też wydawać, ale chyba jego skrzydła delikatnie, wręcz niezauważalnie drgnęły. Nie rozmyślałam nad tym jednak zbyt długo. Niezbyt długo musieliśmy też czekać na nasze jedzenie. Nie ukrywam, że zamówione przez nas posiłki wyglądały całkiem nieźle i równie dobrze smakowały. No ale ja to ja, nie byłam wybredna jeśli chodzi o jedzenie i niewiele potrzeba aby coś trafiło w moje gusta. Zanim wzięliśmy się za jedzenie, wymieniliśmy się tylko porozumiewawczym spojrzeniem, jakby życząc sobie smacznego. Po skończonym posiłku udaliśmy się do recepcji w celu wynajęcia pokoju. Oczywiście wypaliłam pierwsza z prośbą o pokój dwuosobowy, bez wcześniejszego przemyślenia tego. Dopiero później przeszło mi przez myśl, że Bastian może się czuć niekomfortowo w jednym pokoju z dziewczyną, ale mówi się trudno. Skoro i tak najbliższe kilka dni spędzimy w swoim towarzystwie, to co za różnica. Przynajmniej ja wychodziłam z takiego założenia. Nigdy nie czułam się skrępowana przy innych, bez względu na ich płeć. Chyba że naprawdę będzie mu to przeszkadzać to wtedy pomyśli się nad wzięciem drugiego pokoju. Na szczęście w naszym trafiły się dwa oddzielne łóżka, a nie jedno tak jak przypuszczałam. Odetchnęłam z ulgą, bo mimo wszystko, spanie w jednym łóżku to byłoby już zbyt wiele dla nas obojga. Położyłam swoje rzeczy na jednym z dwóch, zbyt dużego wyboru nie było. Wtedy ponownie wróciła do mnie myśl z wcześniej, gdy musiał skulić swoje skrzydła wchodząc do pokoju. Kiedy odkładał swoje rzeczy, ja w tym czasie zbierałam się na odwagę. Im dłużej myślałam, tym większą czułam chęć. Szybko jednak doszłam do wniosku, że raz się żyje i najwyżej wyniesie się do innego pokoju, a nasze relacje spadną do koniecznego minimum.
- Przepraszam, wiem, że to głupie pytać tak od razu i gdy niezbyt jeszcze się znamy, ale mogłabym dotknąć twoich skrzydeł? Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, strasznie mnie zafascynowały - wypaliłam z nadzieją, że nie jestem już kompletnie stracona w opinii Bastiana.

<Bastian?>

niedziela, 23 stycznia 2022

Od Bastiana cd. Maebh

Wiem, jak działam na innych i co sobie o mnie myślą. Wysoki, dobrze zbudowany, jeszcze z niezbyt miłą twarzą, no i co najważniejsze - Dragonborn z Ardem. Wyrok może być jeden, z gościem nie warto zadzierać, poza tym na pewno jest agresywny i tylko czeka, żeby się do czegoś doczepić. Takie myślenie u innych zbyt często sprawia, że ląduję na dywaniku u dyrektora, a zaręczam, że do niczego by nie doszło, bo sam nigdy nie zaczynam. Naprawdę. Mogę to powiedzieć z ręką na sercu.
Cieszy mnie, że Maebh nie podchodzi do mnie z rezerwą, nie wyczuwam też nadmiernej bojaźni, choć dziewczyna wydaje mi się nieco sztywna, skrępowana. Nic dziwnego, ja też przecież nie czuję się bardzo pewnie, gdy spotykam nowe osoby. Wbrew pozorom.
Kiwam głową na jej słowa, są sensowne, ten plan mi się podoba.
— Dobry pomysł — mówię, oszczędnym ruchem podbródka wskazuję kierunek, gdzie iść. — Tam jest jakiś zajazd, wygląda porządnie. Możemy podejść.
Wcześniej obejrzałem sobie wioskę „z lotu smoka" - miejsc do zatrzymania się jest tu nieco więcej, jednak tylko to jedno, przy głównej uliczce, wygląda na bezpieczne na tyle, żeby pozwolić tam nocować dziewczynie. Sam mogę bez problemu przespać się i w stajni, ale ja to ja. Ja sobie poradzę.
Idziemy w milczeniu, po chwili dopiero przychodzi mi do głowy, żeby może spytać o imię demona Maebh.
— Jak się nazywa? — pytam, wskazując skrzydlatego konia. Zawieszam na nim na chwilę wzrok.
Wygląda porządnie, nawet bojowo. To znaczy - wygląda na efektywnego w walce. Skrzydła ma rozłożyste, jasne, zaś zdobiące głowę rogi lśnią magicznym światłem, wyglądają niczym broń zdolna przeszyć przeciwnika. Jednak oczy demona pozostają spokojne, nie ma w nich tej specyficznej żądzy krwi, która lśni czasem w ślepiach jego pobratymców.
— To Libre.
— Ładny.
— Dziękuję.
Rozmowa się urywa, docieramy do zajazdu.
Libre znika, łącząc się z ciałem Maebh, ja zaś zerkam na proces spod oka - nigdy nie widziałem na żywo, by coś takiego się działo, całość ma dla mnie jakiś niezrozumiały, magiczny wydźwięk. Demona nie ma, zostaje sama Maebh, jednak teraz jej głowę zdobią lśniące rogi, zaś siodło i pakunki, które dźwigał Libre, spoczywają teraz bezpiecznie w ręku dziewczyny.
Otwieram Maebh drzwi, dziewczyna unosi brwi w zdziwieniu, wchodzi do środka. Cóż, mama nie chowała mnie w stajni ani oborze, wbrew pozorom potrafię się zachować, a przynajmniej starać, chociaż różnie mi z tym zazwyczaj wychodzi. Wchodzę zaraz za dziewczyną, pochylam się w progu, kulę mocniej skrzydła, nie chcąc porysować framug. Już te w domu mam porysowane, te w pokoju w Ardem też, jakbym jeszcze zniszczył jakieś tu, w zajeździe, to naprawdę nie byłoby dobrze.
Siadamy przy jednym ze stolików, rzucam swoje rzeczy na kawałek wolnej ławy. Maebh zajmuje miejsce naprzeciwko, ja zaś przez krótki moment kontempluję fakt, że oboje mamy rogi. Wydaje mi się to zabawne, kącik moich ust unosi się przelotnie.
Kelner przychodzi, opowiada pokrótce o tym, co tego dnia można dostać do jedzenia, zabiera nasze zamówienie i znika między stolikami. Ja zaś rozprostowuję skrzydła, pozwalam końcom oprzeć się o podłogę. Zerkam, czy nie przekszadzają innym, czy za mymi plecami nadal można przejść i wtedy zauważam, że jest tam wyłącznie ściana i nikomu nie wadzę. Rozprostowuję skrzydła jeszcze dalej, twarde łuski opierają się wygodnie o drewniane ściany. W końcu nieco odpoczynku.
— No więc, jeśli chodzi o naszą misję — zaczynam, jak zwykle bez wstępów, przechodząc od razu do konkretów. — Nie wiem, jak sobie radzisz z lataniem? Bo z tego, co mi dyrektor Ardem powiedział, spędzimy sporo czasu w powietrzu.

wtorek, 18 stycznia 2022

Od Maebh CD. Bastiana


Powrót do akademika po świętach w domu był paskudny, potwornie się rozleniwiłam. Jednak w tym akademikowym pokoju miałam więcej prywatności niż we własnym w Kanzawie. Bliźniaki nieźle mi dokuczały i wyjazd stamtąd był dla mnie wręcz zbawienny. Nie dziwię się, że Tim wyprowadził się z rodzinnego gniazda już rok temu. W międzyczasie zebrało się trochę kurzu, więc miałam co robić. Podczas robienia porządków starłam też z półki z moimi zielnikami. Tęskniłam za latem albo chociażby wiosną, kiedy robi się o wiele cieplej i natura budzi się do życia. Przeglądając jedną z książek, która zawierała wiele barwnych, letnich kwiatów, wróciłam wspomnieniami do leśnych spacerów podczas których szukałam nowych okazów do studiowania i ususzenia. Westchnęłam głęboko licząc na to, że mrozy szybko odpuszczą. To nie tak, że nie lubiłam zimy, bo całkiem lubiłam z oczywistego powodu, jakim są święta, ale widziałam dla siebie więcej zajęć podczas cieplejszych pór roku. Gdy już usiadłam na łóżku, wyciągnęłam spod niego moją lutnię i oddałam się grze. Po mniej więcej godzinie wyjrzałam przez okno, widok jasnego nieba mnie ucieszył. Ciepło się ubrałam i gdy tylko przekroczyłam próg drzwi, pojawił się Libre, wiedział, co to oznacza. Po znacznym oddaleniu się od murów akademii ogier zaczął mnie trącać skrzydłem, zachęcając do zabawy. Rozgrzałam się i przybrałam pozę, patrząc na niego tym szczególnym, znanym tylko naszej dwójce, spojrzeniem. Po wypowiedzeniu słowa “start” oboje niczym strzały wzbiliśmy się w powietrze. Libre uwielbiał się ścigać, a ja rzucać mu wyzwania mimo, że prędkością nie dorównywałam mu do pięt w przestworzach. Zawsze na początku dawał mi fory, ale koniec końców jego chęć zwycięstwa wygrywała i zostawiał mnie daleko w tyle. Po godzinie takich wyścigów byłam już wykończona, czego nie mogłam powiedzieć o moim demonie, który chętnie spędziłby tak kolejną godzinę. Drogę powrotną do akademii pokonałam już na jego grzbiecie. Pod akademikiem czekała już na nas jedna z nauczycielek. Nieco mnie to zdziwiło, ale nie zadawałam żadnych pytań gdy poprosiła mnie abym poszła za nią do gabinetu dyrektora. Tam zostały mi przedstawione szczegóły na temat jakiejś misji, której miał towarzyszyć mi uczeń z Ardem. O akademii Ardem nie słyszałam zbyt wielu dobrych opinii, niezbyt też przypadła mi wizja nauki pod ścisłym rygorem. Rozważałam tą opcję, ale doszłam do wniosku, że nie nadaję się do tamtejszego klimatu, a wojownik ze mnie marny.
Po dostaniu wytycznych przygotowałam wszystko, co uznałam za potrzebne i ruszyłam w drogę. Ja miałam zwykłą torbę, a Libre miał na sobie siodło z dwiema bocznymi. Podziękowałam w myślach ojcu, który pomógł mi znaleźć kogoś, kto podjął się wykonania siodła dla tego cudaka. Oczywiście musiałam wcześniej sporo na nie odkładać. Drogę do wioski docelowej pokonywaliśmy różnymi sposobami - raz w powietrzu, a raz na lądzie. Latanie stało się już dla mnie taką normą, że niekiedy cieszyłam się bardziej z głupiego spaceru pieszo. Do wioski udało nam się dotrzeć całkiem szybko. Zeskoczyłam z Libre i zaczęłam się rozglądać za osobą z jakimiś szczególnymi cechami, bo nie powiedziano mi, jak ma wyglądać mój partner. Nie znałam w sumie niczego, oprócz imienia. Na szczęście po kilku minutach, kawałek przede mną dostrzegłam dosyć sporej postury osobę ze skrzydłami, ogonem oraz rogami. A więc Dragonborn, swoją drogą nie miałam okazji nigdy wcześniej jakiegoś poznać. Gdy się odwrócił i poczułam jak przeszywają mnie jego czarne oczy, trochę się zestresowałam. Chłopak był ode mnie wyższy o conajmniej głowę i utwierdzał mnie w tym każdy kolejny krok wykonany w jego stronę. Roztaczał wokół siebie taką aurę, która mnie onieśmielała, ale z całych sił starałam się to jakoś pokonać. Gdy byłam już blisko, wzięłam głęboki oddech na uspokojenie. Może jest naprawdę w porządku, a tylko sprawia wrażenie gościa, który, gdybyśmy chodzili do jednej szkoły, nie zauważyłby nawet mojego istnienia bo byłby zbyt zajęty trzymaniem się z tą częścią osób lubiącą poszaleć i dać w kość nauczycielom. A przynajmniej starałam się pocieszać tymi myślami.
-To ty jesteś Maebh? - spytał, gdy Libre delikatnie szturchnął mnie skrzydłem żebym dała sobie spokój.
- Tak, a ty pewnie jesteś Bastian? - odpowiedziałam, czując, jak ulatuje ze mnie cały niepotrzebny stres. - Hej. No więc przydzielono nam wspólną misję, to może żeby nie stać tutaj jak kołki i nie marznąć, znajdźmy jakieś miejsce do przenocowania i obgadajmy dalszy plan działania, co ty na to? - spytałam, przeplatając na zmianę palce.
Starałam się za wszelką cenę nie palnąć jakiejś głupoty czy się przejęzyczyć, a najbardziej to nie dać po sobie tego wszystkiego znać. Przecież to tylko najzwyklejsza osoba, z innej akademii, której po tej misji prawdopodobnie już nigdy więcej nie zobaczę, więc po co ten stres? Po przyjęciu tego wszystkiego do wiadomości, wrzuciłam na luz, traktując go jak znajomego ze szkoły. Lubiłam poznawać nowe osoby, lubiłam przygody, co mogło pójść nie tak?

<Bastian?>

Od Bastiana do Maebh

Przez cały dzień czuję przez skórę, że coś ma się wydarzyć.
Odkąd wróciłem po świętach z domu do akademika, nauczyciele nie dają mi spokoju. Wiedzą, że wypocząłem na tyle, żeby zacząć się nudzić, może też przybrałem trochę na wadze. Bo co prawda pomagałem mamie z przeróżnymi pracami domowymi, ale powiedzmy sobie szczerze - nawet narąbanie drewna na całą zimę nie umywa się do typowego dnia w Ardem. Do tego dochodzi jeszcze góra jedzenia, którą codziennie pochłaniałem. Wypocząłem na tyle, żeby się zastać, cofnąć te pół kroku w mych postępach. Nauczyciele zaś postanowili zająć się nami wszystkimi na tyle czule, byśmy wszystko to, co zapomnieliśmy, nadrobili skokami.
Więc nadrabiam.
Zbyt szybko zaczyna mi brakować innych lotników. Umiejętność wniesienia się w powietrze nie jest częsta, brakuje mi drugiego ucznia, z którym mógłbym sprawdzić, jak dobrze radzę sobie w locie. Poza tym - nauczyciele niezbyt chętnie podchodzą do takich treningów. Nie dziwię się, są niebezpieczne, jeśli komuś powinie się noga, zleci z wysokości, a nie da się przecież obłożyć całego placu treningowego materacami albo ochronnymi siatkami. Szybko zaczyna brakować mi latania.
Nie wiem, czego może chcieć ode mnie dyrektor, kiedy jeden z nauczycieli łapie mnie na korytarzu i informuje, żebym udał się do gabinetu zaraz po obiedzie.
— Nic nie zrobiłem! — mówię na swoją obronę, nauczyciel tylko się śmieje. — Tym razem naprawdę! Po co mam tam iść?
— Zobaczysz — odpowiada enigmatycznie.
Lubią mnie tu zirytować.
Szybko okazuje się, że nie mam się czego bać. Faktycznie, tym razem nie chodzi o to, że znowu ktoś ma problem ze mną, ani o to, że ktoś dostał ode mnie to, na co zasłużył. Tym razem to ja mam rozwiązać problem, jednak choć dyrektor wyjaśnia go dość przystępnie, nie do końca to wszystko do mnie trafia. Wiem tylko, że mam wszystko robić dość samodzielnie, a pomagać mi ma jakaś uczennica z Sarlok.
O Sarlok przez długi czas miałem niezbyt pochlebną opinię - pełne zaklinaczy, wydawało mi się miejscem zbierającym niepanujących nad własnymi mocami dziwaków. Potem poznałem tę krewetkę, Hiromaru, z jego mikroskopijnym żółwikiem wyglądającym jak zabawka, a nie tam żaden demon. I od tego momentu jakoś poszło. Może po prostu potrzebowałem dowodu na to, że z uczniami z innych akademii też da się jakoś dogadać?
Docieram do miejsca spotkania dość szybko, jestem przed czasem. Rozglądam się po okolicy - to niewielka wioska, akurat dobra na miejsce wypadowe. Będziemy mieli się tu gdzie zatrzymać i uzupełnić zapasy, gdyby zrobiło się nieprzyjemnie. Przenoszę wzrok dalej, w kierunku horyzontu - faktycznie, piętrzące się przede mną góry nie wyglądają na zaporowo wysokie, jednak są strome, ostre, ciemnoszary granit prześwieca spod zwałów białego śniegu. Tak trudne granie są ciężkie do zdobycia, jeśli ktoś ma do dyspozycji tylko cztery kończyny, nieco lin i haków.
Sam wychowałem się przecież w górach i wiem, jak zdradliwe potrafią być górskie wspinaczki. Szczególnie zimą, gdy pogoda zdaje się robić wszystko, byle tylko utrudnić życie. Nie jest tak, że nigdy nie zobaczyłem gdzieś na szlaku kości, które zdecydowanie nie należały do nieyaka.
Te rozważania przerywa mi dźwięk kroków - odwracam się, moim oczom ukazuje się zaklinaczka. Wyróżnia się z daleka - nie potrafię zdecydować, czy bardziej burzą nad wyraz jasnych, kręconych włosów, czy obecnością skrzydlatego demona, kroczącego spokojnie u jej boku.
— To ty jesteś Maebh? — pytam, jak zwykle zapominając o tym, że może wypadałoby powiedzieć chociaż „dzień dobry" albo się przedstawić.
Szablon
Pandzika
Kernow